KONFERENCJA NA TEMAT VII PRZYKAZANIA DEKALOGU

XXII OGÓLNOPOLSKA PIELGRZYMKA LEKARZY WETERYNARII NA JASNĄ GÓRĘ: 8 VI 2014

„NIE KRADNIJ”

(na podstawie A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Salwator, Kraków 2004)

Wstęp. Jeśli popatrzymy na VII punkt Dekalogu, to wyda się ono bardzo krótkie. W zapisie biblijnym, bezpośrednio odnosi się do niego fragment Księgi Wyjścia 20, 15 („Nie będziesz kradł) i Księgi Powtórzonego Prawa 5, 19 („Nie będziesz kradł”). Oczywiście w innych miejscach pośrednio też jest mowa o własności i szacunku do dóbr materialnych ale w sensie bezpośrednim wydaje się, że nie ma wielkiej teologii związanej z tym przykazaniem. „Nie kradnij” albo „Nie będziesz kradł” i kropka.

Gdy jednak zostanie przeprowadzona analiza świata, z jego bogactwem relacji materialnych, ze złożonymi właściwościami natury ludzkiej, problemami z rzeczami i osobami, odkryjemy ogromny obszar tego przykazania. Okaże się jak długie jest owo „nie kradnij”, jak bardzo ciągnie się za historią ludzkości wzajemne okradanie, ograbianie się ludzi i społeczeństw, w wojnach, rewolucjach czy zwyczajnym przywłaszczaniu sobie praktycznie „wszystkiego”. To, że tak mało mówi się o siódmym przykazaniu Dekalogu, że wydaje się ono tak mało istotne, nie wynika z jego „krótkości” ale z powodu jego lekceważenia i prób jego unieważnienia. To bardzo przyszłościowe przykazanie…

Mało tego, w naszych czasach, ogromu dóbr materialnych, realnego i wirtualnego bogactwa, łatwości z jaką można mnożyć, przenosić i zmieniać prawo własności do rzeczy, produktów, wytworów i dzieł, trzeba mocno podkreślić, że kradzież jest złem, że choć wielu się wzbogaciło i są bezkarni, nadal złodziej pozostaje złodziejem. Nie zmieni tego powszechne, społeczne przyzwolenie dla kradzieży, że złodziej będzie podziwiany i szanowany za sukces osiągnięty przez oszustwo, kradzież i inne haniebne czyny.

1. Pierwszą rzeczą w przyznaniu siódmemu przykazaniu właściwego miejsca, będzie jasne określenie uczciwości i nieuczciwości, oszustwa i rzetelności, prawdy i fałszu, dobra i zła. To jak najbardziej odnosi się do ludzkiego postępowania i do oceny, czy pieniądz jest ukradziony, brudny, śmierdzi (czy rzeczywiście „pieniądze nie śmierdzą”?) czy jest czysty, zdobyty trudem, poświęceniem i pracą? „Góra pieniędzy połączona z nieuczciwymi działaniami pozostanie górą śmieci, choć wydaje się błyszcząca, a wielu wyciąga ku niej łakome dłonie, żeby dostać przynajmniej okruch” (A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 201). I nawet, gdyby te pieniądze przeznaczyć na cele charytatywne, rozdać ubogim, to nie staną się one czyste (nawet jeśli przyniosą wymierne dobro potrzebującym) a filantrop pozostanie złodziejem.

Nawet gdyby wszystkie parlamenty świata zniosłyby przykazanie „nie kradnij”, ono pozostanie ważne, ono nadal będzie obowiązywać i ono zawsze pozostanie w Dekalogu. Można się bawić w policjantów i złodziei, można sobie żartować z cudzej własności, można nie dać się złapać, ale zawsze złodziej będzie złym człowiekiem. To jakby ktoś wysmarował sobie ręce czekoladą, zachwalał jaka ona jest słodka, zdrowa i że można ją jeść z ręki, to nie zmieni faktu, że ma po prostu ubrudzone ręce, że tak się nie je czekolady i nie można tak sobie stale żyć z wysmarowanymi rękami…

Na tym samym poziomi świadomości, trzeba jasno powiedzieć, że złodziej może być bezdomnym, biednym człowiekiem i może być biznesmenem, ministrem czy profesorem uniwersytetu. Zasługi, kompetencje, wykształcenie czy nawet dobre intencje nie zmienią wymowy, nietykalności, powszechności i obowiązywalności przykazania „nie kradnij”. Chociaż najłatwiej przy tym przykazaniu o kompromisy, to absolutnie trzeba jeszcze raz podkreślić, że nie można być półzłodziejem czy półoszustem. Siódme przykazanie jasno formułuje zasadę: „Nie kradnij”. I koniec. Jednocześnie warto zauważyć, że ten radykalizm ma również stronę pozytywną, mianowicie – jak żadne inne przykazanie – „nie kradnij” jednoznacznie pokazuje świat właściwy, uczciwy, możliwy do istnienia: bez kompromisów, sztuczek prawnych, precedensów, dyskusyjnych interpretacji moralnych. Można nie kraść, nie oszukiwać, nie przywłaszczać sobie, nadużywać, nieuczciwie wykorzystywać małe i wielkie rzeczy tego świata.

2. Dlaczego to takie ważne? Czy rzeczy, przedmioty, pieniądze i bogactwa są tego warte? Nie. Nie chodzi tu o przedmioty ale podmioty kradzieży. Kradzież stanowi zamach na własność, integralność i godność okradzionej osoby. Jeśli ktoś chociaż raz został okradziony z ważnych rzeczy, dokumentów, pieniędzy, z cennych rzeczy, np. w podróży, wie jak się wtedy źle czuje, jak boli w środku naruszona godność, własność, wolność. Upokorzenie, bezradność, żal, smutek – to jest najważniejszy ludzki skutek kradzieży. Nowy bagaż można sobie kupić, pieniądze zarobić, dokumenty odtworzyć, tu nie chodzi o rzeczy, chodzi o ograbioną z człowieczeństwa osobę ludzką.

Można oczywiście konkurować ze św. Franciszkiem z Asyżu, żeby nic nie mieć, praktykować radykalne ubóstwo ale bez względu na to ile się posiada, nie można „być” bez minimum „mieć”. Własność, choćby najskromniejsza jest częścią osoby, wyraża wolność osoby, wolność w dysponowaniu jakąkolwiek własnością. Każdy coś ma na tym świecie i to jest jego prawo naturalne, każdemu Bóg dał część tego świata, abyśmy go posiadali, dysponowali, przetwarzali, doskonalili jak najlepsi dzierżawcy. Jeśli ta, choćby najmniejsza cząstka, własności zostanie zabrana, ukradziona, zawłaszczona, człowiek traci ważną część siebie. Poza tym istnieją własności zdobyte poświęceniem, latami wysiłków, zaradności, tworzenia jakiegoś dzieła w pocie czoła i ograbienie kogoś z takiej pracy, często niewymiernej, bezcennej, boli szczególnie mocno i długo. Taka jest natura człowieka i kradzież jest wobec niej straszliwie przeciwna.

Był czas, miejmy nadzieję, że już nie wróci, że wmawiano przez dziesiątki lat, iż nie istnieje własność prywatna, że wszystko jest wspólne, że pracujemy dla innych, że otrzymujemy w miarę potrzeb itd. Przeciwna własności i naturze ludzkiej propaganda socjalistyczna spustoszyła dotkliwie dwa pokolenia a i trzecie, najmłodsze dziś coś z tej straszliwej ideologii przejęło. Dziś ukraść wspólne, to wziąć swoje, dziś nie mieć nic to znaczy mieć wszystko. Dlatego gdy wołamy „precz z komuną” w praktyce powinniśmy definitywnie pożegnać te PRL-owskie praktyki nieuczciwości, oszustw, kombinowania, „załatwiania” lub po prostu zwyczajnej kradzieży w białych rękawiczkach. Okaleczona w ten sposób natura ludzka, musi teraz przywrócić swoją godność właśnie w bezkompromisowym, jednoznacznym, powszechnym i konsekwentnym „nie kradnij”.

O tym jak ważne jest dla godności człowieka siódme przykazanie świadczy też analiza hebrajskiego słowa użytego w Księdze Wyjścia 20, 15 i w Księdze Powtórzonego Prawa 5, 19 („Nie będziesz kradł”). „Kraść” czyli ganab odnosiło się nie tylko do grabieży rzeczy ale oznaczało też porwania ludzi, zmuszanie do niewolnictwa i pozbawianie praw przez pana, właściciela. Byli to w starożytnym Izraelu ubodzy ludzie, którzy stając się niewypłacalnymi dłużnikami, zostawali przez wierzycieli „porwani” w niewolę (ganab).

Współcześnie „nie kradnij” obejmuje wszystkie rodzaje porwania i kradzieży, począwszy od kieszonkowców i wyrywających torebki na ulicy, przez złodziei okradających domy i banki aż po bogate, znudzone damy, które kradną batoniki w hipermarkecie. Niektórzy usprawiedliwiają to chorobą zwaną kleptomanią, co nie zmienia faktu, że naruszono siódme przykazanie. Jeszcze bardziej wyrafinowane są kradzieże i oszustwa w wielkich korporacjach, za wyciszonymi drzwiami, w głębokich fotelach prezesów, dyrektorów i polityków, gdzie kradnie się na skalę globalną.

3. W ten sposób dotknęliśmy największą, najbardziej ukrytą i najpoważniejszą formę kradzieży powiązanej z polityką i makroekonomią. Bogate kraje okradają biedne, międzynarodowe koncerny zawłaszczają bogactwa naturalne całych kontynentów, mafie i struktury przestępcze łączą kradzież na wielka skalę z morderstwami, prostytucją, narkotykami, pracą dzieci i handlem bronią. Słusznie też, za A. Pronzato, do kradzieży szerokim znaczeniu trzeba zaliczyć również degradację środowiska, zanieczyszczenie wody, powietrza i gleby, niszczenie coraz to nowych gatunków roślin i zwierząt, czyli okradanie całej planety i przez to zubażanie wszystkich jej mieszkańców.

Są to formy „kradzieży społecznej”, w której główną areną jest polityka. Jej powiązania przestępcze z ekonomią odsłaniają niewyobrażalny obszar nadużyć, spekulacji, korupcji, wobec których często bezradne stają się struktury państwa i administracji państwowej. Na nieco mniejszą skalę kradną „społecznie” ci, którzy oszukują urzędy skarbowe, ukrywają nawet uczciwie pozyskane dochody i wykorzystują fiskalne luki prawne. Na innej zasadzie, też w dziedzinie podatków, wielu ubogich, skromnych obywateli jest okradana przez instytucje państwowe, wadliwe prawo i krzywdzące podwójne opodatkowanie. Tak się dziwnie składa, że polityka i kradzież tworzą wręcz „naturalny” duet i wciągając do tego przepisy prawne budują poważne struktury zła. Może na początku, tuż po wyborach wielu polityków różnych szczebli ma uczciwe postanowienia ale z czasem to „naturalne” powiązanie władzy, prawa i korupcji zaczyna wciągać (oczywiście nie wszystkich). Wystarczy jednak, na przekór fałszywym deklaracjom, aby po prostu kraść bezkarnie publiczne pieniądze. Ujawnione afery i udowodnione nadużycia okazują się tylko górą lodową wielkiej polityki i wielkiej kradzieży.

W mocnych słowach piętnuje wielką politykę A. Pronzato: „Polityka nie może przekładać się na przywileje, immunitety i bezkarność, na «odrażającą» przykrywkę pielęgnowania własnych profitów. Polityka nie może nakłaniać prawodawców do sporządzania przepisów korzystnych dla złodziei i oszustów, chociaż byliby ubrani w dwurzędowe marynarki (…). Nie trzeba także wyjaśniać, że kradzież dla dobra własnej partii (albo żeby zwalczyć domniemane zło, jak czyniły pewne organizacje) (…) pozostanie zawsze kradzieżą”. (A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 209-210).

Może to zabrzmi jako samooskarżenie, chociaż franciszkanie raczej z polityką nie mają wiele wspólnego, ale widoczne niekiedy powiązania polityki z organizacjami kościelnymi także grożą grzechem przeciwko siódmemu przykazaniu nawet wewnątrz Kościoła i wśród ludzi Kościoła. Wiadomo, że Kościół jako wspólnota wierzących jest święty ale przecież ludzie w Kościele są święci i grzeszni. Słabości i pokusy, chęć wzbogacenia się nawet za krzywdę bliźniego dotyczy każdego człowieka, wierzącego również, dlatego trudno się dziwić, że dochodzi do nadużyć, kradzieży i korupcji w Kościele. Oczywiście – jak zapewnił Jezus – moce piekielne nie zniszczą Kościoła, który będzie trwał do końca świata (por. Mt 16, 18) ale bywa, że najpierw wkrada się do Kościoła grzech, aby później obficie rozlała się łaska. Każdy człowiek jest wolny, wierzący również, dlatego potrzeba wiele czujności i pokory wewnątrz Kościoła, którym jesteśmy my wszyscy.

Warto też wiedzieć, że bogaci ludzie wierzący, zdobywający dobra nie zawsze uczciwie, aby zagłuszyć sumienie, często pojawiają się w świątyniach, na plebaniach i w kuriach biskupich wspierając budowy kościołów, remonty w parafiach czy wspierając ubogich. Takie „ofiary na kościół” nie usprawiedliwią złodzieja i podwójną winę zaciągają ci, którzy wiedząc o nieuczciwości ofiarodawcy, przyjmują pieniądze w imię jakiegoś szlachetnego celu.

4. Drugim, po polityce i wielkim biznesie, terenem łamania siódmego przykazania jest handel, od małego sklepu spożywczego, po wielkie domy handlowe. W Księdze Amosa czytamy: „Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego i bezrolnego pozostawiacie bez pracy, którzy mówicie: Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże? Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz? A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszeniczne będziemy sprzedawać” (8, 4-6).

Poza procederem sprzedawania w niewolę (ganab) o którym była już mowa, handel od samego początku, w starożytności, zawsze stanowił okazję do oszustw i kradzieży. Dawniej kupcy fałszowali odważniki a dziś w imię zysków, prowizji, narzutów, hurtu i całego systemu prawa handlowego, okrada się miliony ludzi w wielkich supermarketach, na wyprzedażach, promocjach i „okazjach”. Nie tylko o artykuły spożywcze tu chodzi; przemysł farmaceutyczny wielokrotnie zawyża ceny za lekarstwa ratujące życie (poza pieniądzami, wysokie ceny uniemożliwiające właściwe leczenie pozbawia najuboższych również nadziei…). Cała sfera usług, też jest okazją do podwyższania cen przez rzemieślników, adwokatów, notariuszy, urzędników państwowych i firm prywatnych. Okradaniem klienta jest też narzut modnych firm odzieżowych, w których płaci się wielokrotność ceny produkcji za logo – w tym wypadku zamożni klienci przepłacają za własną głupotę…

Handlować można wszędzie i kraść można wszędzie. Bardzo spektakularną kradzieżą jest „zabieranie” (nikt nie mówi o kradzieży przecież…) kwiatów i zniczy na cmentarzach, aby je sprzedać „taniej” nawet kilka razy. Wynoszenie ręczników, popielniczek, szlafroków z hotelów też jest kradzieżą, oszukiwanie wyświetlaczem na stacjach benzynowych również jest kradzieżą, podobnie z materiałami biurowymi w pracy, zabiera się jedzenie w stołówkach i restauracjach (jako dodatek do dochodu), podbiera się pieniądze rodzicom, dziadkom, w domach, ośrodkach pomocy społecznej, szpitalach – to wszystko przecież podchodzi pod siódme przykazanie „nie kradnij”.

Nawet w sporcie, zawyżanie wyników sportowych (chociaż o to coraz trudniej), „ustawianie” meczów, okłamywanie sędziów, oszukiwanie w czasie gry. W tych przypadkach „okradzionymi” są rzetelni sportowcy zdobywający wyniki w pocie czoła i długotrwałym treningiem. Ograbieni z dobrej wiary – w pewnym sensie – są też kibice, którzy przyszli oglądać czystą, sprawiedliwą grę. Zapłacili za prawdziwą rywalizację sportową a pokazano im udawaną walkę i sfałszowane wyniki (okradziono ich po prostu z pieniędzy za bilet).

5. Jest jeszcze jedna dziedzina „nie kradnij”. Nie chodzi w niej wprost o pieniądze ale straty materialne, społeczne i moralne są znaczne.

Niszczenie, brudzenie lub przywłaszczanie sobie własności społecznej jest „okradaniem” innych ludzi, całej społeczności. Nie ma ławek w parku, kubłów na śmieci, fragmentów ogrodzenia na ulicy czy znaku drogowego, które są „niczyje”. Ich zniszczenie czy przywłaszczenie jest zawsze kradzieżą, chociaż trudno wskazać, kto konkretnie z ludzi stracił. Podobnie wandalizm, smarowanie głupich napisów na murach, wybite szyby w budkach telefonicznych czy na klatkach schodowych, pobrudzone siedzenia w środkach komunikacji miejskiej, uszkodzenia sygnalizacji świetlnej, oświetlenia ulic, wyrzucanie śmieci na trawnik czy na chodnik (komuś trzeba zapłacić za sprzątanie) – to wszystko są mniejsze lub większe akty kradzieży przeciw społeczności lokalnej.

Kradną własność wspólną i dorobek intelektualny konkretnych autorów naukowcy dokonujący plagiatów, sięgający po książki i prace naukowe w Internecie, unikając płacenia. Kradnie się programy komputerowe, muzykę, zdjęcia z portali społecznościowych. Kradną też wydawcy nędznie opłacający autorów, księgarze podwyższający prowizję na bestsellery. Kradnie się pomysły, wynalazki i osiągnięcia innych, ściąga się dodatkowe opłaty w rozbudowanej biurokracji, okrada się ofiarodawców i sponsorów wykorzystując zebrane środki na cele drugorzędne (wystrój biur fundacji i towarzystw społecznych, nakłady na administrację), traci się społeczne środki na podwyższony standard podróży służbowych, wybiera się drogie hotele, stypendia i diety w delegacjach (wszystko zgodnie z prawem…).

Zalegalizowaną formą kradzieży są niebotyczne pensje i premie prezesów i dyrektorów, członków zarządu i konsultantów (nawet gdy firma jest na skraju bankructwa). Podobnie z gażami artystów, czy mistrzów sportu honorowanych za… właściwie nie wiadomo za co… Kradzieżą publicznych pieniędzy są niezasłużone, przesadne wynagrodzenia urzędników państwowych, od gmin po ministerstwa, nie mówiąc już o dochodach posłów i senatorów fikcyjnie obecnych na posiedzeniach (wystarczy się podpisać na liście obecności…).

Można by tak mnożyć te przykłady a wszystkie pokazują jak rozległy jest dziś proceder kradzieży, oszustw, nieuczciwości i niesprawiedliwości w pozyskiwaniu, wymianie i grabieży dóbr materialnych i nie tylko materialnych. Czyli potwierdza się teza z początku naszego rozważania, że siódme przykazanie Dekalogu jest ukrytym wyzwaniem współczesnego świata, że jest ono bagatelizowane i usprawiedliwiane i że przykazanie „nie kradnij” będzie miało jeszcze więcej zastosowań w przyszłości.

6. Śledząc często w naszych rozważaniach cytowaną książkę Alessandro Pronzato, Powrót do dekalogu, ze zdumieniem spostrzegamy, że omawiane „przykazanie mówi także o tym, żeby nie kraść niewinności dzieci, nie kraść, cynicznie, zdolności marzenia (…), nie kraść dobrej wiary ludzi prostych, nie kraść wiary tych, którzy się upierają, że uczciwość jest nadal cnotą, nie kraść dążenia do sprawiedliwości i pokoju, nie kraść nadziei na prawo jednakowe dla wszystkich, nie kraść prawa osób «normalnych» do spaceru ulicami miasta, bez zagrożenia, że ich spojrzenie zostanie obrażone przez plakat reklamowy” (s. 215).

Niesamowite jak bardzo wszystko, wszędzie jest zagrożone kradzieżą, jak siódme przykazanie splata się z czwartym, piątym i szóstym, jak ważne jest to lakoniczne „nie kradnij”.

W tych niematerialnych, moralnych kradzieżach, jest jeszcze jedna kategoria bardzo rozpowszechnionej w naszych czasach kradzieży – i to z poważnymi skutkami. Chodzi o to, że niektórzy, nawet o tym nie wiedząc, są złodziejami czasu. Cudzego, cennego czasu. Tym bardziej jest to kradzież godna napiętnowania, że skradzionego czasu już się nie zwróci, nie zapłaci, nie wyrówna. „Jest to jak odebranie życia, które jest już niemożliwe do zwrócenia”.

Tacy „złodzieje czasu” wykorzystują przede wszystkim dyspozycyjność drugiego człowieka, zarzucą go czczą gadaniną, blachami problemami, jakimiś drobiazgami, tak że wprowadzając zamęt i zajmując uwagę, zabiorą nieszczęśnikowi cały czas, który mógł wykorzystać do czegoś innego (na pewno lepszego niż wysłuchiwanie kolejnych żalów, opowieści, szczegółów bez sensu i znaczenia). Owa ofiara, której kradnie się czas, rzeczywiście czuje się osaczona w ślepej uliczce, „zagadana na śmierć”, jakby zagrożona przez prawdziwych złodziei, żądających portfela, zegarka i komórki. I rzeczywiście, gdy w końcu godna politowania ofiara takiego „napadu” nieskończonych historii słownych, zawsze za późno, uwolni się od złodzieja-gaduły, ma poczucie nieodwracalnie straconego czasu, tak jakby został pozbawiony przez jakiegoś oszusta dorobku całego życia.

Trudno tu mówić o cnocie cierpliwości, trudno pomóc takiemu człowiekowi, który pewnie tymi samymi bezwładnymi opowieściami ukradł czas już wielu ludziom. Może pozostaje tylko modlitwa: „Panie spraw, aby ci złodzieje zrozumieli, że czas innych jest czymś cennym, czymś, czego pozbawiają osobę, która wiedziałaby, jak zorganizować go w sposób korzystniejszy, niż słuchanie ich opowieści. A im przecież ten czas nie jest potrzebny, posiadają go w nadmiarze. Zatem nie wiem, co zrobią z tym czasem, który kradną mnie” (A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 220.)

Na podobnej zasadzie działają złodzieje życzliwości i dobrych uczynków. Polega to na tym, że niektórzy ludzie potrafią przez długie lata korzystać z uprzejmości, życzliwości, pomocy sąsiadów, współpracowników, bliskich z rodziny ale nie dając nic w zamian. Sami nie pomogą, nie są nigdy dyspozycyjni, nie mają czasu, gdy można się zrewanżować za wiele dobra jakie otrzymało się za darmo od innych. Nawet niekiedy nie stać tych „złodziei” na zwyczajne słowo „dziękuję” i gdy ze słusznej przyczyny ktoś, kto bezinteresownie pomagał im przy każdej okazji, odmówi jeden raz pomocy – wtedy się obrażają, stając się wrogami, opowiadając wokoło jaka im się dzieje krzywda i jacy są biedni, osamotnieni, zdani na własne siły, bez wsparcia. A przecież wcześniej bez przerwy wykorzystywali cudzą życzliwość, bezinteresowność, pomoc i dobroć. Tacy „złodzieje” cudzej pracy, pomocy i współczucia, ciągle „pożyczają” przysłowiową szklankę cukru, narzędzia, mnóstwo drobiazgów codziennego użycia ale sami nic nie pożyczą, cudzego nie oddają (chyba, że po wielu upomnieniach) a wartość przywłaszczonych dóbr sięga przez lata wielkich wartości. Mało tego, tacy pasożyci społeczni, uważają, że inni mają wszystko, że powinni „pożyczać”, że zawsze mają mieć czas dla nich i ciągle mają do ludzi dobrej woli niezliczone potrzeby: załatw, zrób, pomóż – i to szybko, bez najmniejszej wdzięczności…

7. A w kwestii wdzięczności, co ma zrobić prawdziwy złodziej cudzych dóbr, czy tylko żałować za popełnione zło, wyspowiadać się, postanowić poprawę i odmówić pokutę? Nie. I tu jest ważna sprawa zadośćuczynienia, wynagrodzenia, naprawienia winy. To nie może być dziesiątek różańca, tu musi być – jak mówi teologia moralna – obowiązek restytucji. Po prostu trzeba ukradzione dobra zwrócić. I to w takiej samej wartości, nie mniej nie więcej…

Oczywiście bywa, że taki zwrot może być częściowy, bywa, że jest w ogóle niemożliwy. Nie można też zadośćuczynienia zamienić na jałmużnę, przeznaczyć jakąś sumę pieniędzy na dobroczynność, ofiarować coś innym, ubogim, pokrzywdzonym. Jeśli nie ma innej możliwości, dobre i to, ale powinno się jasno uświadomić złodziejowi, oszustowi, aferzyście, że zadośćuczynienie musi być pełne, bez taryfy ulgowej.

A co jeśli skradło się komuś sławę, honor, dorobek intelektualny, czystość serca, godność, dobre imię, jak zadośćuczynić za plotkę, zniewagę, utracony czas? Ponownie trzeba powtórzyć – i za te dobra trzeba zadośćuczynić, wynagrodzić w pełni… nie da się, niemożliwe? To znaczy, że trzeba tym bardziej uważać, żeby „nie kraść” bo tak trudno zadośćuczynić. Niech to będzie dodatkową przestrogą jakim zagrożeniem jest grzech przeciw siódmemu przykazaniu. Może właśnie dla wszystkich potencjalnych złodziei i dla rzeczywistych oszustów, zwłaszcza recydywistów, którzy utracili wrażliwość sumienia, trzeba ciągle uświadamiać i w konfesjonale i na ulicy, w domu i miejscu pracy, wszędzie, że ważniejsze od samego złodziejskiego czynu są dalsze konsekwencje grzechu i że bardziej trzeba myśleć o przyszłości, jak trudno naprawić popełnione zło.

To są mało uświadamiane strony kradzieży, to jest problem uczenia do kradzieży, zwłaszcza dzieci. To jest zło zgorszenia, złego przykładu. Przecież w ten sposób robi się wyłom do rozprzestrzenienia grzechu, to wstęp do łamania innych przykazań. Złodziej jest przecież często także bałwochwalcą, nie szanuje rodziców, łatwiej mu o cudzołóstwo a jeszcze gorzej jak przyłapany na kradzieży dopuszcza się zabójstwa. Jak wtedy może zadośćuczynić? Przyzwolenie społeczne, milcząca obojętność wobec małych rzeczy przywłaszczonych lub zniszczonych przygotowuje teren do wielkich kradzieży i ogromnych niesprawiedliwości. I nie można się wtedy dziwić, oburzać, szukać winnych – odpowiedzialni są wtedy wszyscy obojętni, milcząco zgadzający się na zło.

Jest takie opowiadanie, pewnie fikcyjne, bo trudno je sobie wyobrazić w rzeczywistości ale ta, może wymyślona historia kradzieży pokazuje ideał sprawiedliwości na tle popełnionego złego czynu. Otóż zdarzyło się, że pewien stary człowiek, bezdomny i ubogi ukradł chleb z powodu dręczącego głodu. Został natychmiast złapany na gorącym uczynku, przesłuchany i w trybie natychmiastowym skierowany do sądu. W sądzie, w majestacie prawa wydano akt oskarżenia, wysłuchano świadków a wobec braku obrony i bezradności oskarżonego, zasądzono karę grzywny w wysokości 1000 zł bez możliwości odwołania od wyroku (załóżmy, że nie było tzw. „niskiej szkodliwości czynu”, wyroków w zawieszeniu itp.).

Wyrok natychmiast uprawomocniono ale sędzia prowadzący rozprawę owe 1000 zł postanowił zebrać wśród ławników, administracji sądu, świadków i publiczności zebranej na sali sądowej. Sam też dla przykładu wyjął portfel i wyłożył pewną sumę pieniędzy. Następnie zebrane pieniądze wręczył zdumionemu staruszkowi oznajmiając, że w społeczności w której człowiek jest zmuszony kraść z powodu głodu, wszyscy ponoszą odpowiedzialność za tą niesprawiedliwość i w interesie wszystkich, bez wyjątku, jest, aby ubodzy mieli minimum środków na chleb, aby nie kraść w środowisku, w którym jest dość pożywienia.

8. Może już wystarczy tych negatywnych stron siódmego przykazania i czas wskazać na pozytywne strony omawianej części Dekalogu (a takie są, jak widać z dotychczasowych rozważań, w poprzednich latach, w każdym przykazaniu). Mianowicie, przykazanie „nie kradnij”, poza przestrogą, uczy, m.in. lekarzy weterynarii, że (wg. A. Pronzato):

  • „Ręce, które otrzymaliśmy, nie służą tylko do tego, żeby brać, gromadzić, wyrywać, odbierać innym. Tych rąk trzeba także używać, aby darować, ofiarować, trzeba je oddawać do dyspozycji innych.
  • Istnieje coś piękniejszego niż posiadanie – to jest darowanie. Posiadanie jest dozwolone i nie budzi wstydu tylko wtedy, kiedy ofiaruje możliwość szczodrego darowania.
  • Najlepszym sposobem okazania Bogu wdzięczności za otrzymane dary jest umiejętność dzielenia się, partycypowania, solidarności.
  • Prawdziwa wolność (nie zapominajmy, że wszystkie przykazania popierają wolność) polega na darowaniu. Darowanie pochodzi od Boga, ponieważ tylko Bóg jest wielkim, niezrównanym Darczyńcą.
  • Nie wystarczy, aby własność nie pochodziła z kradzieży. Powinna prowadzić ku szczodrości, ku otwartości na bliźniego. To zbyt mało, nie kraść. Trzeba, aby każdy potrzebujący bliźni mógł zawsze liczyć na naszą pomoc.
  • Dobra nie należą wyłącznie do nas. Zdecydowanie nie należą do nas. One są także dla innych. Są prowizoryczne. Najpewniejszym sposobem, aby uczynić je trwałymi, jest przekształcenie ich w sakrament przyjaźni, braterstwa, solidarności i sprawiedliwości. Tylko w taki sposób nasze dobra nie przepadną, ale zostaną przeniesione z nami po śmierci, umocnione w wieczności.
  • Trzeba odkryć przyjemny smak uczciwości; odnaleźć radość pochwały naszej świadomości; doświadczyć upajającego uczucia wolności kroczenia z podniesioną głową; przywrócić prawo do «czynienia inaczej».
  • Zamiast pozwolić się zdominować zachłanności, chciwości, obierając najkrótszą drogę kradzieży albo innego dyskusyjnego postępowania, jak wszelkiego rodzaju oszustwa, powinno się odnaleźć drogę oszczędności, prostoty, wstrzemięźliwego życia, trudu, zadowolenia z dobrze wykonanej pracy.
  • Koniecznie trzeba pielęgnować pasję sprawiedliwości. Ale nie tej «globalnej», idealistycznej. Użyteczniej jest praktykować sprawiedliwość realną” (s. 226-227).

Niezwykłe są te postulaty wynikające z siódmego przykazania. Może ktoś powiedzieć, że są zbyt optymistyczne i idealistyczne, a może nasze chrześcijaństwo stało się już zbyt pesymistyczne i zbyt „realistyczne”… Rzeczywiście, w sferze własności, w sferze darowania, wolności i uczciwości najłatwiej widać praktykę wiary wynikającej z Dekalogu. To taki „języczek u wagi”, papierek lakmusowy miłości bliźniego, która przecież jest podstawą chrześcijaństwa. Może dlatego pewnych dwóch muzułmanów napisało list do „chrześcijan Zachodu”.

„Przebaczany wam wasze bogactwo i marnotrawstwo, i to że wyparliście się nas jako braci, aby nie włączyć naszego dziedzictwa w świat Boga. Przebaczamy wam wszystko, ale nie każcie nam wierzyć w waszego Chrystusa, ponieważ Chrystus, który nauczyć jedną trzecią ludności jeść chleb wszystkich pozostałych tego małego świata, z pewnością nie może być Bogiem” (A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 232).

Zakończenie. Niech te powyższe, mimo wszystko ważne, chociaż trudne postulaty do zrealizowania, będą podsumowaniem naszej tegorocznej konferencji i zadaniem domowym dla wszystkich lekarzy weterynarii w Polsce (nie tylko zebranych na Pielgrzymce). Troska o żywą przyrodę, opieka nad zwierzętami, to także ochrona dóbr tego świata. Zwierzęta nie są przedmiotami (chociaż i te można ukraść…), ale może właśnie ze względu na te bliskie nam stworzenia, lekarz i pracownik weterynarii powinien dawać przykład: dzielenia się, sprawiedliwości, uczciwości, pracowitości, oszczędności, prostoty i zadowolenia z dobrze wykonanej pracy.

KONFERENCJA NA TEMAT VI PRZYKAZANIA DEKALOGU

XXI OGÓLNOPOLSKA PIELGRZYMKA LEKARZY WETERYNARII NA JASNĄ GÓRĘ: 9 VI 2013

„NIE CUDZOŁÓŻ”

(na podstawie A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Salwator, Kraków 2004)

Wstęp. Oto przed nami szóste przykazanie, które w naszej kulturze niesie tak wiele emocji, które jest „ulubionym” przykazaniem dla młodzieży na rekolekcjach, czy na katechezie. Z jednej strony młodzi ludzie uwielbiają nauki o tabu, czyli „o seksie”, z drugiej strony duszpasterze chętnie sięgają po ten temat, bo jest on w naszych czasach poważnym problemem moralnym. Ale chyba nie tylko młodzież ale i nas zainteresują niektóre aspekty przykazania szóstego. Na początek anegdota o wszystkich przykazaniach, może już o tym mówiłem, przypomnę, bo pokazuje jak się z „dreszczykiem” emocji kojarzy się przykazanie „nie cudzołóż”.

Otóż w dawnych czasach, gdy Mojżesz wracał z góry Synaj, gdzie otrzymał przykazania czyli dziesięć słów – Dekalog, cały naród Izraela zebrał się u podnóża góry z niecierpliwością oczekując na swego przywódcę. Ten schodząc w dół ujrzał tłum i zawołał:

– Ludu mój, oto mam dla was dwie wiadomości. Dobrą i złą. Którą chcecie najpierw usłyszeć?

– Dobrą, zawołali Izraelici.

– A więc, moi drodzy. Bóg objawił mi swoje przykazania dla was. Miało być 15 przykazań ale udało mi się wytargować tylko 10…

– Hurra, ucieszyli się ludzie. A jaka jest zła wiadomość?

– Niestety, szóste przykazanie zostało, odpowiedział Mojżesz.

1. A teraz poważniej, na początek kilka zaskakujących danych właśnie z czasów pierwotnego obowiązywania szóstego przykazania, w czasach Starego Testamentu. Okazuje się, że omawiane dziś przykazanie miało zupełnie inny wymiar. Nie dotyczyło zachowań czystości, wierności małżeńskiej i nie ganiło zachowań perwersyjnych, nieczystych lecz miało charakter czysto prawny i społeczny. Można nawet powiedzieć, że było to prawo przeciwne chrześcijańskiemu pojmowaniu jedności i wierności małżeńskiej, bo nie brało pod uwagę względów moralnych, zachowania czystości przedmałżeńskiej, relacji małżeńskich i w ogóle zachowań seksualnych. Przykazanie „nie cudzołóż” oznaczało zasady rodowodowe, własnościowe, zachowania hierarchii społecznej.

Przede wszystkim sprzeciwiało się cudzołóstwu, ale tu uwaga – tylko cudzołóstwu kobiety… Przykazania chroniło rodowód mężczyzny, Mężczyzna, głowa rodu musiał być pewien, że żona jest mu wierna, aby wszystkie jego dzieci mogły prawomocnie dziedziczyć jego majątek. Cudzołóstwo uderzało we własność dziedzica a kobieta była częścią jego własności, dlatego kobieta nie miała prawa rozwodu. Mężczyzna – tak! Ze względu na prawno-społeczne uwarunkowania starożytnego Izraela, kobieta nie miała większości praw.

W związku z tym, można stwierdzić, że przykazanie szóste utwierdzało prawnie (nie moralnie – podkreślam), podwójną moralność: kobieta była – można powiedzieć naszym językiem – dyskryminowana. Nie mogła się rozwieść, musiała być wierna, mogła mieć tylko jednego męża. A mężczyzna mógł mieć nawet kilka żon. Poligamia była wtedy powszechna i legalna ale nie z powodów moralnych lecz społeczno-ekonomicznych.

Może to nas gorszy czy dziwi, ale priorytety społeczne były kiedyś inne i chroniły struktury własności, nawet za cenę dziś pojętej moralności. Ale prawo własności było bardzo ważne w starożytności i gwarantowało właściwy rozwój społeczny. Nie oznacza to, że kwestie moralne były drugorzędne, zasady moralne w małżeństwie były oczywiste i dlatego przykazanie „nie cudzołóż” bardziej koncentrowało się na aspekcie społeczno-prawno-ekonomicznym.

2. Małżeństwo, ze strony prawnej i ekonomicznej (dziedzicznej) było o wiele bardziej poważnie traktowane, niż dzisiaj. To była absolutna, nienaruszalna podstawa życia społecznego, nawet jeśli według naszych standardów dopuszczała rozwody czy poligamie. Dziś, poza małżeństwem i rodziną, szkołą i Kościołem instytucja państwa zabezpiecza większość praw człowieka, dawniej tą jedyną instytucją, było właśnie małżeństwo. Świadczy o tym sankcja. Za cudzołóstwo żonatego mężczyzny z zamężną lub zaręczona kobietą groziła obojgu kara śmierci. Ale za związek mężczyzny z kobieta wolną, prostytutką lub niewolnicą, nie było żadnej kary. Za cudzołóstwo kobiety zamężnej, zawsze jej groziła kara śmierci ale za poligamię, oczywiście mężczyzny też nie było żadnej kary.

Wtedy były inne społeczeństwa, bardziej bliskie mentalności starożytnych. Dlatego nie porównujmy naszej moralności, już w duchu Nowego Testamentu z mentalnością patriarchów Starego Testamentu. Do dzisiejszego rozumienia cudzołóstwa i małżeństwa Izrael a później lud Nowego przymierza dochodził stopniowo, w miarę rozwoju świadomości moralnej i dojrzewania głębszej wizji miłości małżeńskiej. Zresztą to, że przeważała interpretacja prawno-ekonomiczna instytucji małżeństwa nie oznacza, że Izraelici nie rozumieli istoty zdrady, znaczenia cudzołóstwa w naszym rozumieniu, czy nie znali głębszych kontekstów miłości.

Proszę zwrócić uwagę na słownictwo biblijne odnoszące się do szóstego przykazania. Otóż słowo „nie cudzołóż” brzmiało na`af i pojawia się w Starym Testamencie 32 razy, natomiast słowo „prostytuować się, zachowywać się jak prostytutka” wyraża się słowem zanah i występuje w tekście biblijnym rzadziej. Oba słowa mają zbliżony rdzeń, mają wspólną treść a tą treścią jest właśnie relacja mężczyzny i kobiety, która jak wiemy w całej historii zbawienia jest mocno związana z relacją człowiek-Bóg. I to jest najważniejsze w przykazaniu „nie cudzołóż” zarówno w Starym Testamencie jak i w Nowym Testamencie, że zdrada człowieka jest zdradą Boga. Tylko, że w czasach starożytnych, ważniejsze praktycznie było podkreślenie wymiaru prawnego przykazani niż wymiaru teologicznego. Musiało upłynąć wiele wieków, musiały zmienić się struktury społeczne na świecie, żebyśmy dziś rozumieli szerzej i głębiej szóste przykazanie.

To jednak, że lepiej je rozumiemy, nie oznacza, że lepiej praktykujemy ale to już inna sprawa o której za chwilę.

3. Przejdźmy zatem do naszych czasów. Z punktu widzenia emocjonalnego, z racji pewnego tabu, intymności, sfera seksualna, sfera związana ze współczesnym rozumieniem przykazania, nabiera dziś pierwszorzędne znaczenie a przykazanie szóste staje się pierwszym. Niesłusznie. Nieczystość, cudzołóstwo, zboczenia seksualne nie są najważniejszymi i najgorszymi grzechami – takie znaczenie nadała im kultura, media, może my sami. Prawda jest taka, że najcięższą konsekwencje, winę najwyższego stopnia ma wykroczenie przeciwko pierwszemu przykazaniu a w szóstym najważniejsze staje się zaprzeczenie miłości a nie jakiś, konkretny czyn nieczysty.

Tak łatwo popaść w fałszywą moralność, w obłudę przeciwko szóstemu przykazaniu, jeśli zachowuje się zewnętrzną czystość, nie popełnia grzechów nieczystych, czy to w małżeństwie, przed małżeństwem czy poza małżeństwem. Walczy się z „brzydkimi” myślami, z poczuciem grzechu, z nieczystymi pragnieniami, z pokusami ale jest się egoistą, osobą niesprawiedliwą, krzywdzi się innych, mści się i nienawidzi. Nie zdradza żony, nie popełnia samogwałtu, nie ogląda filmów pornograficznych ale jest złym człowiekiem…. Tak samo się grzeszy przeciw szóstemu przykazaniu przez cudzołóstwo jak przez brak miłości, nawet bez związku ze sferą seksualną.

Jest tu historyczna wina Kościoła, że napiętnował kiedyś nieczystość, bo to łatwo, bo to widać a zaniedbał budowanie obrazu miłości i w sferze seksualnej i poza tą sferą. Mało tego, dziś ponosi konsekwencję takiej dwulicowej moralności i zbiera baty za grzechy nieczyste w Kościele: skandale, pedofilia, małżeństwa duchownych, cała sfera nieczystości swym ostrzem jest skierowana przeciwko kapłanom i Kościołowi. Kto sieje wiatr ten zbiera burzę i trudno się dziwić, że te problemy wychodzą i okazuje się nagle, że w sferze czystości, seksualności i najcięższych grzechów społecznych Kościół najwięcej jest winien i tak to media pokazują deformując rzeczywistość i ukazując zupełną nieprawdę. Są na ten temat statystyki i konkretne dane.

A. Maillot powiedział: „[Kościół] stał się geometrycznym miejscem grzechu, a nawet był uważany za jego początek”. Oczywiście inne były kiedyś czasy, inne uwarunkowania ale dziś społeczeństwo tego nie pamięta i ciągle wraca do zadawnionych grzechów w kościelnej edukacji, wychowaniu i jakiejkolwiek innej sferze życia. Papieże Jan Paweł II, Benedykt XVI, Franciszek w swoim nauczaniu zwracają uwagę na zupełnie inną sferę ludzką, nie prawa, nie legalizm, nie pozorny porządek zewnętrzny na pokaz, ale na porządek płynący z serca, bo to z wnętrza człowieka biorą się wszystkie złe rzeczy.

4. Ważną sprawą jest też nie demonizowanie ludzkiej seksualności. Ta sfera nie jest czymś złym, czymś negatywnym ani dla mężczyzny ani dla kobiety. Na początku chrześcijaństwa, w starożytności, Kościół musiał zmagać się z negatywną wizją seksualności pochodzącą z filozofii greckiej. Generalnie wpłynęła ona pozytywnie na kształt Nowego Testamentu, pozwoliła rozwinąć wiele kwestii teologicznych poprzez ukształtowane już pojęcia i obrazy myśli greckiej, ale z punktu widzenia moralnego świat grecki przyniósł też sporo zamieszania m.in. w sferze moralnej wbrew duchowi Biblii. Grecy odnosili czystość tylko do sfery praktyk seksualnych a przykazanie szóste tłumaczyli jako: „Nie popełniaj aktów nieczystych”. To zawężone rozumienie omawianego przykazania nie ma nic wspólnego z rozumieniem biblijnym, z głęboką, integralną wizją ludzkiej seksualności, która wykracza poza wyłączną, fizyczną sferę aktu płciowego.

Wyjaśnił to André Chouraqui: „Przykazanie potępia nie tylko cudzołóstwo, ale także wszelką postawę cudzołożenia mężczyzny lub kobiety w ich relacjach z innymi i ze sobą wzajemnie. W średniowieczu cudzołożnik był fałszerzem monet. Cudzołożnik lub cudzołożnica to osoby, które łamią reguły nie tylko małżeństwa, ale każdego dobrego prowadzenia się (…). Cudzołożnik jest zatem fałszerzem, kłamcą, bezwstydnikiem, rozpustnikiem oddającym się każdemu rodzajowi nieprawości, skandalicznemu zachowaniu i nieuczciwości” (cyt. za: A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 160-161).

Dziś z tej greckiej, zredukowanej seksualności, naznaczonej obsesją nieczystości, lęku przed relacją seksualną, która będzie pozaprokreacyjna, z odrzuceniem – jako grzesznej – jakiejkolwiek przyjemności seksualnej, niewiele pozostało. Obecnie, po Soborze Watykańskim II i po genialnych analizach ciała, intymności, seksualności i małżeństwa przeprowadzonych przez Karola Wojtyłę (jako etyka na KUL w Lublinie) – Jana Pawła II (jako duszpasterza i papieża), dawne lęki seksualne zostały w Kościele przezwyciężone (może jeszcze nie wszędzie ale oficjalnie już potwierdzone nauczaniem Kościoła). Nie należy tego rozumieć jako nową, zmienioną naukę moralną Kościoła katolickiego czy tworzenie „nowego” nauczania biblijnego. Raczej jest to uwspółcześnienie znanej od dawna wizji ludzkiej seksualności, małżeństwa i miłości, po wiekach pewnego zacofania, niezrozumienia i ulegania duchowi minionych czasów. To poziom świadomości społecznej, stan wiedzy medycznej, dawne zwyczaje i lęki wymuszały w Kościele rygoryzm i zniekształcenie ludzkiej moralności seksualnej. Współczesny kształt biblijnej i katolickiej seksualności raczej wyprzedza swoją oryginalnością stan świeckiej, często „neopogańskiego” obszaru relacji seksualnych między kobietą i mężczyzną.

Według Biblii, Tradycji i nauczania kościelnego „małżeństwo jest postrzegane nie tylko w swej funkcji prokreacyjnej, ale także jako pełnia intymnej jedności pomiędzy dwoma osobami. Przyjemność nie jest demonizowana ale włączona w kontekst głębokiej miłości, stanowiąc fundamentalny element dla rozwoju człowieka. Taka postawa implikuje dojrzałość. A zatem, ani demonizowanie, ani idealizowanie. Ani narcystyczna przyjemność, ani grubiaństwo. Ani wątpliwej moralności anielskość, ani bestialstwo. Ani mistycyzm, ani prostactwo. Żadnych fobii ani banalizowania” (A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 161).

5. Duch szóstego przykazania jest widoczny wtedy, gdy patrzymy na przykład Jezusa. Pamiętamy obraz, kiedy przyprowadzono kobietę cudzołożną do Jezusa z pytaniem: „Mojżesz nam kazał takie kamienować, a Ty co powiesz?” (J 8, 5) Niezwykła jest reakcja Jezusa na podstęp faryzeuszy. Jezus zobaczył w kobiecie cudzołożnej człowieka. Zobaczył, że to jest dramat osoby, konkretnej kobiety. Może do nierządu zmusiła ją sytuacja życiowa? A więc po pierwsze – Jezus widzi w tej kobiecie człowieka z jego problemami. Po drugie – w dyskusji z faryzeuszami podkreśla nie warstwę prawną, choć była ona bardzo ważna w Izraelu, ale pokazuje miłość, pokazuje kobietę udręczoną w swojej miłości, upodloną w swoim pragnieniu miłości. Ktoś ją wykorzystał. Jezus ukazuje jak bardzo na tym cierpi relacja międzyludzka.

Kolejna rzecz – to wielka wyrozumiałość, wielkie ciepło. Jezus nie gromi tej kobiety, nie wytyka palcami, ale rozumiejąc jej położenie jest pełen ciepła, wyrozumiałości, a nawet tkliwości: „Nikt cię nie potępił (…) i ja cię nie potępiam, idź i nie grzesz więcej” (J 8, 10-11). Jezus wyraźnie jest po stronie kobiety. On docenia równość mężczyzny i kobiety. Wskazuje na scenę biblijną w raju, kiedy kobieta i mężczyzna byli razem i jest powiedziane, że mężczyzna nie może być sam, że od początku był to związek monogamiczny, że od początku byli sobie równi. Jezus ukazuje w tym obrazie kobiety cudzołożnej, że to „co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7, 20-23). Jezus wskazuje na sferę serca, na obszar miłości jako odpowiedzialny za wszystkie grzechy nieczyste.

Trzeba widzieć zmianę dotyczącą ludzkiej seksualności i cudzołóstwa w Nowym Testamencie, aby dostrzec to wszystko, co obecnie się dzieje w świecie w kontekście Ewangelii i nauki Jezusa, w kontekście serca i w kontekście miłości. To jest niesłychanie ważne dzisiaj w rozumieniu czystości, w rozumieniu wierności i nierozerwalności małżeństwa. To z czym dzisiejszy świat nie może sobie poradzić, bo nie chce zrozumieć, jak ważna jest miłość i serce człowieka.

Jeśli podkreślamy znaczenie miłości i serca (rozumianego w sensie duchowym), to zrozumiałe, że w centrum naszego zainteresowania i w centrum „nie cudzołóż (podobnie jak w przypadku wszystkich przykazań) nie są same czyny ludzkie ale przede wszystkim intencje, myśli, plany i postanowienia. To jest dopiero – jak określił A. Pronzato – „czarna studnia” myśli z zepsutym fetorem nie do zniesienia, który zaraża wszystko wokoło. Trzeba więc w naszym temacie eliminować złe myśli, zwłaszcza najtajniejsze, „oczyścić fabrykę trucizny, jaką jest serce”.

Oczywiście nie będziemy teraz szukać sposobów na oczyszczanie myśli, to zadanie ascetyki i pracy nad sobą, nie chcę też omawiać wszystkich grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu, jest tego bardzo dużo: cudzołóstwo, rozwód, poligamia, kazirodztwo, pedofilia, antykoncepcja, wolne związki, współżycie przed ślubem, rozwiązłość, masturbacja, nierząd, pornografia, prostytucja gwałt, homoseksualizm itd. Można by na ten temat powiedzieć osobną konferencję. To wszystko dręczy młode pokolenie, to widać na ulicy, w mediach, życie przeciw szóstemu przykazaniu, cała sfera pokazywana i preferowana dzisiaj i nawet prawnie regulowana jako normalna, choć normalną nie jest.

Natura nie da z siebie kpić. Przyjdzie czas, gdy to wszystko się odbije potężną czkawką w całej cywilizacji i otrzeźwienie będzie powszechne. I wszyscy powiedzą – oto zaszliśmy za daleko i trzeba wrócić do podstaw, do normalności, bo to cośmy stworzyli, cała kulturę gender itd. to była pomyłka. Zapewne będzie jakaś przyczyna odbicia, może epidemia, może jakiś prorok, trudno teraz wyrokować, ale jestem przekonany, że świat powróci do normalności.

W tym wszystkim nie należy traktować tego całego zła, tych grzechów jako ostateczną tragedię. W związku z tym nie można rozkładać rąk, twierdzić, że już nic nie ma sensu, że nic się nie uda, bo świat jest już stracony. W historii świata cały czas był kołowrót dobra i zła i można znaleźć choćby w okresie Oświecenia różne ludzkie wymysły i w starożytności różnego rodzaju praktyki. To wszystko już było, a potem przychodziło otrzeźwienie i odnowa, wracała wiara i miłość.

Chcę powiedzieć o czymś ważniejszym niż o wymienianiu grzechów i biadolenia nad nimi. Zresztą o grzechach trzeba by mówić do tych, którzy na pielgrzymki nie przyjeżdżają. Czasami więc mówiąc o problemach z Dekalogiem, nawet trochę mi niezręcznie, że mówię o rzeczach, które nie dotyczą słuchających i trzeba by o tym powiedzieć tym, którzy nie są na pielgrzymkach i wymagają słowa Ewangelii z Jasnej Góry. Mam nadzieję, że przekażecie im te prawdy i dacie swoim życiem przykład innym, jak to powinno być.

6. Patrząc na szóste przykazanie „nie cudzołóż” dzisiaj, trzeba na nowo spojrzeć na małżeństwo i rodzinę. I to jest nie tylko miłość, wierność i uczciwość małżeńska, ale jeszcze jeden bardzo ważny element: świętość małżeństwa. Wspominałem o tym, gdy mówiłem o ojcu, o matce i o rodzinie, o wychowaniu, przy analizie czwartego przykazania. Dzisiaj w kwestii moralnej, jeśli chodzi o pożycie małżeńskie, to trzeba jasno powiedzieć, że nie można uciekać od seksualności. Nie można traktować seksualności w małżeństwie jako czegoś złego, jako coś z obowiązku, z nakazu Kościoła, czy z innej jeszcze racji. To jest prawo miłości i to jest sfera między małżonkami do zagospodarowania, do praktykowania, bez względu na wiek, bez względu na sytuację, bez względu na dzieci i bez względu na problemy, które w związku z tym były.

Współcześnie w małżeństwie sfera seksualna jest wyrazem miłości tak samo ważnej jak nierozerwalność małżeństwa, tak samo ważnej jak jedność małżeństwa. Ukazuje to, choćby teologia ciała Jana Pawła II, czy wiele posoborowych książek, które przypominają i pokazują sferę miłości w małżeństwie. W małżeństwie nie ma możliwości popełnienia grzechu nieczystości. Wszystko, co się dzieje między małżonkami jest absolutnie dobre, jest absolutnie Boże, absolutnie święte. Nie mówię tu oczywiście o jakiś perwersjach, poniżaniu, czy zadawaniu cierpienia drugiej osobie. Przecież tyle jest pięknych sytuacji nawet jeśli małżonkowie są już w starszym wieku, że zwyczajne bycie ze sobą, bliskość, każda pieszczota, każda czułość jest wyrażeniem także seksualnym, wyrażeniem uczucia bez względu na to czy jest się małżeństwem pięć lat, czy pięćdziesiąt. I o tym trzeba dzisiaj mówić w kontekście szóstego przykazania, nie ze strony negatywnej, czego nie należy czynić w małżeństwie, tylko, co się powinno praktykować w sferze seksualnej pomiędzy małżonkami.

To jest niesłychanie piękna, wspaniała Boża rzecz. Trzeba patrzeć na przykazanie szóste w sposób pozytywny i nie demonizować, że jest to sfera gorsza od uczucia, czy sfera naznaczona przekleństwem. Nic z tych rzeczy. Kwestia wyrażenia miłości w relacjach małżeńskich ma wielką przyszłość i nie tylko u młodych małżonków. Dlaczego młodzi po ślubie mają miesiąc miodowy, a potem przez następnych pięćdziesiąt lat każą sobie iść drogą krzyżową odmawiając seksualności, unikając bliskości i czułości? Niech będzie pięćdziesiąt lat miodowych. Nic nie stoi na przeszkodzie. To jest to widzenie ludzkiej seksualności w perspektywie małżeństwa sakramentalnego, jedynego i nierozerwalnego, w sposób Boży, jak uczy Jezus, jak uczy Ewangelia. Nie ze strony prawnej, jak kiedyś patrzono z nierównością dla kobiety, ale ze strony pozytywnej, jako radosne dawanie siebie w różny sposób, także w sposób intymny współmałżonkowi z miłością, żeby było tam dużo pięknych słów, dużo pięknych gestów, żeby to było w duchu wolności, żeby to było w duchu radości i zobaczycie, że nawet ten trzeci wiek w małżeństwie będzie pięknym i będzie ukazywał miłość Bożą i piękno całego Dekalogu.

7. Niektórzy dzielą małżeństwo na trzy etapy. Pierwszy, kiedy małżonkowie są jeszcze sami bez dzieci, drugi – gdy wychowują dzieci do czasu gdy wyjdą z domu, i trzeci czas emerycki, gdy dzieci są samodzielne, a małżonkowie są sami. I co, ten trzeci okres jest już bez wartości, bez bycia ze sobą, tylko na zasadzie czekania, które pierwsze umrze? Przecież jest to czas równie ważny, jak ten miesiąc miodowy. Tak samo jak czas wychowywania i cieszenia się dziećmi i ich przygotowania w dorosłe życie. Niech ta miłość wyrażana w różny sposób będzie także cechą tego trzeciego okresu małżeństwa, a nie czasem straconym, jak niektórym się wydaje, albo czasem bardzo niebezpiecznym dla miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej.

Bywa tak, że na jakimś etapie wychowania dzieci matka poświęcając się za bardzo dzieciom traci z horyzontu męża, przelewa uczucia na dzieci, a mąż – odtrącony raz, czy dwa, nie może sobie znaleźć miejsca i ucieka w alkohol lub znajduje sobie przyjaciółkę. Dzieci wychodzą w świat, a żona i matka zostaje sama, bez więzi z mężem, który jest obecny tylko fizycznie, bez więzi uczuciowej. I muszą żyć kolejne dziesiątki lat w udręczeniu i utrapieniu, zadając sobie niekiedy wielkie cierpienie, tylko przez to, że nie było przez pewien czas między małżonkami praktyki miłości. Mówi o tym List do Tytusa, o radach dawanych młodym mężatkom, żeby za bardzo nie poświęcały czasu i uczucia dla dzieci, ale zawsze żeby mąż był najważniejszy (por. Tyt 2, 4).

Ważne jest więc, aby sakramentalne małżeństwo oparte było nie tylko na podstawach prawnych, zobowiązaniach majątkowych czy wspólnie spłacanym kredycie mieszkaniowym ale i na uczuciach, na gestach, na rozmowach, dialogu, na wzajemnej obecności. Jaki to piękny obraz, gdy idzie dwoje emerytów po wielu latach małżeństwa i trzymają się za ręce, jak nastolatki. To piękny obraz jedności, bliskości.

Właśnie w tym trzecim okresie małżeństwa nierozerwalność małżeństwa polega na tym, żeby nie oddzielać: seksualności od miłości, miłości od wierności, wierności od wolności. Chodzi o to, żeby jedność małżeńska wyrażała się w tym, że on jest w niej zakochany po uszy i ona też za nim nie widzi świata. Także w znaczeniu bliskości, czułości i tego wszystkiego w wymiarze fizycznym na co pozwala nie tylko zdrowie czy sprawność ale wyobraźnia i wspomnienia. A są to możliwości wielkie i piękne. Dlatego dzięki miłości, jedność małżeńska nie czyni z szóstego przykazania zakazu ale przykazanie czyste, przykazanie pełne oddania, pełne wyjątkowości, pełne tajemnicy. Jest to w istocie przykazanie pozytywne, jako przykazanie miłości dwojga ludzi związanych węzłem sakramentalnym, związanych uczuciowo i fizycznie, pozytywnie bez żadnych lęków, be strachu przed grzechem i karami piekielnymi.

To samo czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego: „Mężczyzna i kobieta, stworzeni razem, są chciani przez Boga jako jedno dla drugiego. Słowo Boże pozwala nam zrozumieć tę prawdę w różnych fragmentach tekstu świętego. «Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc» (Rdz 2, 18). Żadne ze zwierząt nie może być tym «partnerem» mężczyzny (Por. Rdz 2, 19-20). Kobieta, którą Bóg «kształtuje» z żebra wyjętego z ciała mężczyzny i którą przyprowadza do mężczyzny, wywołuje u niego okrzyk podziwu, miłości i jedności: «Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!» (Rdz 2, 23). Mężczyzna odkrywa kobietę jako inne «ja» tego samego człowieczeństwa. Mężczyzna i kobieta są stworzeni «jedno dla drugiego»: Bóg nie stworzył ich «jako części» i «niekompletnych». Bóg stworzył ich do wspólnoty osób, w której jedno może być «pomocą» dla drugiego, ponieważ są równocześnie równi jako osoby («kość z moich kości») i uzupełniają się jako mężczyzna i kobieta. Bóg łączy ich w małżeństwie w taki sposób, że stając się «jednym ciałem» (Rdz 2, 24), mogą przekazywać życie ludzkie: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię» (Rdz 1, 28). Przekazując swojemu potomstwu życie ludzkie, mężczyzna i kobieta jako małżonkowie i rodzice współdziałają w wyjątkowy sposób z dziełem Stwórcy (Por. Sobór Watykański II , konst. Gaudium et spes, 50); (KKK 371-372).

8. Pozornie, z brzmienia szóstego przykazania – „nie cudzołóż”, wydawać by się mogło, że przedmiotem zakazu są poważne grzechy nieczyste (homoseksualizm, perwersje seksualne, kazirodztwo, prostytucja), że dotyczą zarówno osoby samotne (masturbacja, pornografia) jak i małżonków (rozwód, poligamia, antykoncepcja, zdrady małżeńskie), że dotykają także dzieci i młodzież (pedofilia, wolne związki, współżycie przedmałżeńskie, gwałt). W sumie – grzechy, grzechy, same grzechy…

Jednak, jak powiedziano już wyżej, szóste przykazanie jest bardziej czyste niż nieczyste… Nie możemy patrzeć na nieczystość, jak na coś strasznego. Najważniejsze jest serce i miłość i jeśli będzie w sercu miłość to i nie będzie nieczystości i będzie można patrzeć na świat bez strachu, bez wstydu i lęku. Oczywiście będą różne sytuacje, pokusy, ale moc miłości serca da moc patrzenia, mówienia, przeżywania w czystości do wszystkich ludzi bez względu na to, czy to będą cudzołożnicy, wiarołomcy, homoseksualiści, czy ludzie poranieni różnymi perwersjami. My jako chrześcijanie mamy nad tym wszystkim być wyżej i patrzeć na nich z miłością lecz nie pochwalać, czy tolerować. Tolerować nie oznacza, że się zgadzamy, tylko że mamy inne odczucia i poglądy, ale z szacunku pozwalamy na wyrażenie innych opinii. Tolerancja nie jest zgodą na zło na które patrzymy. Możemy patrzeć na różnych ludzi nawet mocno zbałamuconych, czy nieszczęśliwych w swojej nieczystości z miłością, ale powinniśmy być ponad tym wszystkim. Niech oni zobaczą, że można żyć inaczej, radośniej.

Można nawet powiedzieć, że znaczenie szóstego przykazania wyraża się nie w zakazie „nie cudzołóż” ale w nakazie czystej miłości. To znaczy, że w relacjach seksualnych miłość (oczywiście mówimy o małżeństwie sakramentalnym) oczyszcza wszelką „nieczystość”. Miłość gwarantuje ową czystość przede wszystkim poprzez trwanie, wierność, nierozerwalność – tak jak nauczył nas Jezus: „Do końca ich umiłował” (J 13, 1). Albo miłość „na zawsze” będzie gwarantem czystości w relacjach seksualnych, albo trzeba będzie zatrzymać się na negatywnym, pierwotnym, prawnym znaczeniu przykazania: „nie cudzołóż”.

O tym jaka powinna być miłość, wylano morze atramentu i wydrukowano miliony stron ale tak naprawdę, to dopiero w świetle szóstego przykazania można powiedzieć, jaka miłość nie powinna być. Duński filozof Sören Kierkegaard napisał: „Ci, którzy obawiają się wypowiedzieć «tak» na zawsze, lękając się, że już jutro mogą zmienić zamiar, i to jest oczywiste, nie uważają miłości jako dobra najwyższego; inaczej byliby zadowoleni z istnienia mocy, która przymusza ich do bycia związanymi…” (cyt. za: A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 177).

Nasze czasy cierpią właśnie na taki brak zdecydowania w miłości, wielu młodych ludzi, w obawie przed odpowiedzialnością, wymaganiami i wiernością (albo mając sobie te wartości za nic…) uciekają do tymczasowości, chwilowej przyjemności, pozornej wolności, złudnej nowości. Prawdziwa wolność jest właśnie zapisana w przykazaniu „nie cudzołóż” i ściśle wiąże się z miłością, ale wierną, „na zawsze”. Może w świecie kryzysu małżeństwa, kryzysu „nie cudzołóż” trzeba przypomnieć niezwykłość i piękno miłości, wierności i wolności. Tych wartości, które wydają się zagubione w codziennym pośpiechu, schowanych pod korcem nieograniczonej konsumpcji, ośmieszonych przez hedonizm i wystawionych w muzeum zacofanej przeszłości. Oto miłość, wierność i wolność w kontekście małżeństwa i szóstego przykazania:

è Miłość nie istnieje, jeśli nie jest ofiarowana osobie a wolność jest niemożliwa w miłości jeśli nie staje się „wolnością wspólną”, „wolnością dla drugiego”;

è Miłość na krótki czas, nieokreślona i prowizoryczna, gdy dopuszcza się możliwość, że kiedyś już nie będzie się kochać – nie jest prawdziwą miłością i nie można jej otrzymać, jeśli nie daruje się drugiej osobie wszystkiego, swojej przyszłości a nawet wieczności;

è Miłość wyrachowana, podporządkowana, zależna od warunków, związana korzyściami jest tylko umową handlową, grą lub zabawą;

è Wierność bez kryzysów, pokus i zwątpień, nie jest jeszcze wartością, nie może stanowić podstawy prawdziwej miłości;

è Wierność wystawiona na próbę, potrzebuje cierpliwości, czyli umiejętności rozpoczynania na nowo, aby ponownie budować jedność i być upartym w sklejaniu miłością powstałych pęknięć;

è Wierność to nie tylko miłość czasu młodości, ale wierność w chorobie, starości i ofiarowaniu siebie – to pogłębia wierność i umacnia wiarę;

è Wolność nie polega na wyzwoleniu się „od” ale na otwarciu „na”, prawdziwa wolność jest wyborem dobra, otwarciem na wartości, włączeniem własnej wolności z wolnością drugiego człowieka , ku wspólnemu celowi;

è Wolność powinna wyrażać się w codziennym darze, z radością (czasem za cenę wyrzeczeń), odkrywana na nowo, ciągle umacniana świadomością, że buduje miłość;

è Wolność kryje się właśnie w przykazaniu „nie cudzołóż”, ponieważ dzięki Dekalogowi, można uniknąć pułapek zniewolenia, ograniczenia i grzechu (częściowo na podstawie: A. Maillot, Le Décalogue, Genéve 1985, oprac. za: A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 180-182).

Zakończenie. Warto przypomnieć, że dawne znaczenie szóstego przykazania nie odnosiło się do nierozerwalności małżeństwa (pozwalało na rozwody), nie odnosiło się do jedności małżeństwa (dopuszczało poligamię) i nie dotyczyło w ogóle spraw seksualnych w małżeństwie i poza małżeństwem. Było to prawo chroniące małżeństwo jako element życia społecznego, prawnego i obywatelskiego.

Pod względem ciężkości grzechów szóste przykazanie wcale nie jest najważniejsze. Najcięższe grzechy to są grzechy przeciwko pierwszemu przykazaniu, przeciwko Bogu i Jego miłości i dopiero potem w dalszej kolejności są grzechy przeciwko człowiekowi i jego miłości, a nie odwrotnie.

Okazuje się, że współcześnie, w odnowionej przez Sobór Watykański II wizji Dekalogu, w centrum szóstego przykazania nie są liczne (i coraz bardziej wyrafinowane) grzechy nieczyste w małżeństwie i poza małżeństwem ale pozytywna perspektywa miłości, wierności i wolności małżeńskiej (zwłaszcza sakramentalnej).

Oczywiście w szóstym przykazaniu chodzi także o czystość, o dowartościowanie ludzkiej płciowości i o związek między ciałem i duszą. Enzo Bonaventura tak to opisał: „Czystość ciała jest tajemnym węzłem związanym z czystością duszy: jeśli ciało zostanie zachowane od wszelkiej skazy i jest prawie konsekrowane jak świątynia Ducha, nie pojawią się nigdy niskie instynkty ani egoistyczne żądze; wola wręcz się umacnia i hartuje w walce o dominację nad sobą, rozjaśnia się myśl, wzrasta wyobraźnia, wszystkie duchowe siły zostają odświeżone i odnowione” (Il Decalogo commentato In dieci discorsi). Cyt. za: A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Kraków 2004, s. 192.

Na koniec naszych analiz, jeszcze jedna uwaga. Pomocą w zrozumieniu i przyjęciu „nie cudzołóż” może być fakt, że jest to przykazanie wypływające z wiary biblijnej. Dekalog może być zrozumiany przede wszystkim w świetle historii zbawienia, Ewangelii i nauczania Kościoła katolickiego, inaczej jest tylko jedną z opcji we współczesnym świecie cudzołóstwa, nieczystości i grzechu. Oczywiście dla niewierzących szóste przykazanie też może być cenną wskazówką w poszukiwaniu prawdy i dobrego życia (również w małżeństwie niesakramentalnym) ale wiara chrześcijańska nadaje każdemu przykazaniu szczególny wymiar nadprzyrodzony i pomaga łaską, mocą z nieba.

KONFERENCJA NA TEMAT V PRZYKAZANIA DEKALOGU

XX OGÓLNOPOLSKA PIELGRZYMKA LEKARZY WETERYNARII NA JASNĄ GÓRĘ: 10 VI 2012

„NIE ZABIJAJ”

(na podstawie A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, Salwator, Kraków 2004)

Wstęp. Przechodzimy w naszych rozważaniach do drugiej części Dekalogu, tzw. drugiej tablicy, w której znajduje się sześć przykazań, od piątego do dziesiątego.

Przykazanie piąte jest zapisane w ST w dwóch miejscach (Wj 20, 13 oraz Pwt 5, 17) i brzmi bardzo lakonicznie: „Nie będziesz zabijał” lub w innym tłumaczeniu: „Nie zabijaj”.

W ogóle na początku drugiej części dekalogu mamy trzy takie „suche” zakazy i są one najkrótsze w całym Dekalogu: „Nie zabijaj”, „nie cudzołóż”, „nie kradnij”. Badacze starożytności podejrzewają nawet, że te trzy bardzo podobne do siebie przykazania, odnoszące się do najważniejszych sfer życia osobistego i społecznego (zagrożenie życia, małżeństwa i własności) są echem jeszcze starszej niż Dekalog, pierwotnych, prehistorycznych zasad moralnych.

Rzeczywiście, to przykazanie jest bardzo stare i ważne, ponieważ dotyczy wartości najbardziej podstawowej i pierwszej – życia. Jak nie będzie życia, to nie potrzeba już innych praw i zasad. Proszę zwrócić uwagę, że nie powiedziałem „życia ludzkiego”, ponieważ przykazanie jest zbyt ogólne, żeby od razu odnieść je do człowieka. Brakuje dopełnienia, podmiotu – nie zabijaj – kogo? Może chodzić o zwierzęta, może chodzić tylko o niektórych ludzi, np. szlachetnie urodzonych, a może to starożytny sprzeciw kary śmierci?

1. Od razu załóżmy, że nie będziemy analizować kwestii, jak najbardziej związanych z przykazaniem „nie zabijaj”. To przekraczałoby objętość całorocznego wykładu a nie konferencji. Zresztą w dostępnych opracowaniach można spotkać lakoniczne wzmianki o tym przykazaniu albo obszerne traktaty, kilkakrotnie przekraczające omówienie innych przykazań. My spróbujmy pójść drogą pośrednią i omówimy szczegółowo kilka z wielu kwestii na temat biblijnego ujęcia zakazu zabijania oraz kilka współczesnych zastosowań przykazania „nie zabijaj”.

Pominę więc następujące problemy: historię Kaina i Abla (pierwszego zabójstwa na kartach Biblii), kwestię przemocy i wojen w historii Izraela i historii innych narodów (to też wiąże się z zastosowaniem, lub złamaniem piątego przykazania), prawa odwetu zarówno w judaizmie jak i w islamie, pominę też współczesny problem kary śmierci (wydawać by się mogło sprzeczny z omawianym przykazaniem), także nie będę omawiał szerzej problemów związanych z wojną (tortury, terroryzm, ludobójstwo) oraz pozostawię na boku współczesne przejawy działań wymierzonych wprost w życie ludzkie: aborcji, samobójstwa i eutanazji. Wiemy, jak sądzę na ten temat wystarczająco wiele. Ale już o kwestii ekologicznej wiemy mniej w kontekście Dekalogu i o tym powiem więcej w naszej konferencji.

Co zostało z listy grzechów przeciw piątemu przykazaniu. Sporo i to nie chodzi o szczegółowe sytuacje, czy przypadki zabójstw, mordów i zabijania, ale o najważniejszą interpretację piątego przykazania, która mamy w Ewangeliach, w nauczaniu Jezusa. O tym się mało mówi, a szkoda, bo te inspiracje, te kierunki wskazane przez Chrystusa są nie tylko przyszłościowe ale ważne przede wszystkim dla naszych czasów i ważne w dylematach lekarzy weterynarii, spotykających się przecież z zabijaniem zwierząt.

A więc, wracając do pierwszego wątku naszej konferencji, mając na uwadze analizę semantyczną, tekstową słowa „nie zabijaj” pojawia się pierwszy problem, kogo dotyczy piąte przykazanie, bo przypominam – przykazanie „nie zabijaj” nie ma podmiotu, nie odnosi się do konkretnych osób czy rzeczy?

Jak zwykle, przyjrzyjmy się przede wszystkim słowu hebrajskiemu z Księgi Wyjścia i Księgi Powtórzonego Prawa. Użyte słowo „nie zabijaj” – ratzach jest bardzo rzadkie w Biblii, w języku hebrajskim nie oznacza ani zwierząt, ani kary śmierci ani „zabicia nieprzyjaciela na wojnie”. Mało tego, znawcy języków biblijnych coraz częściej proponują – aby zgodnie ze znaczeniem słowa ratzach – tłumaczyć piąte przykazanie w językach współczesnych jako „nie morduj” albo szerzej: „nie zabijaj niewinnych, w imię prywatnej zemsty lub z premedytacją wobec bezbronnej ofiary”. To bardzo ważne ustalenie językowe, ponieważ od razu pozwala określić kogo dotyczy przykazanie „nie zabijaj”.

Oczywiście historia ludzkości, począwszy od historii Izraela, nadała piątemu przykazaniu mnóstwo interpretacji, sposobów sądzenia i wykonywania śmierci, rodzajów zabójstw i wyjątków od tego przykazania, biorąc najczęściej za wzór zakazu zabójstwo Abla przez Kaina. Cały ST zawiera obfitą kazuistykę, prawne interpretacje i zakazy szczegółowe, odróżnienia morderstwa przypadkowego, natychmiastowego i zaplanowanego itp. Dodatkowo, inaczej rozumiano przykazanie „nie zabijaj” w odniesieniu do niewolników, kobiet, dzieci ale zawsze odnosiło się piąte przykazanie do racji religijnej: „w krwi zawiera się życie (por. Rdz 9, 1-7) a ono jest wyłącznym darem i własnością Boga (…) i niewinna krew woła do Boga o zemstę (por. Rdz 4, 10).

2. W tym miejscu trzeba wyjaśnić bardzo ważny, współczesny kontekst, do kogo odnosi się piąte przykazanie. To, że do człowieka, do człowieka religijnego, który dba o życie swoje i innych ze względu na Boga, dawcy wszelkiego życia, jak pamiętamy z Księgi Wyjścia, Dawcy „tchnienia życia”, to wiadomo, ale w ostatnich dziesiątkach lat, w interpretacjach biblijnych, obok człowieka, pojawiły się jeszcze zwierzęta.

To szczególnie powinno zainteresować tu obecnych (lekarzy weterynarii), ponieważ wielu obrońców zwierząt, wegetarian i ekologów ogarnia zakazem zabijania także zwierzęta. W wersji skrajnej brzmi to w ten sposób, że Biblia zakazuje zabijania również zwierząt, a judaizm a potem chrześcijaństwo wypaczyło ten zakaz, odnosząc go tylko do człowieka i przyzwalając współcześnie do wręcz „holokaustu zwierząt”, zniszczenia przyrody ożywionej i przeznaczenie milionów zwierząt jako pożywienie dla człowieka. Teza bardzo atrakcyjna, medialna i mocno emocjonalna, rzeczywiście powoduje sporo zamieszania w niektórych środowiskach także chrześcijańskich.

Dla nas wyjaśnieniem jest dokonana przed chwilą egzegeza hebrajskiego słowa ratzach, w którym „nie zabijaj” odnosi się przede wszystkim do morderstwa z premedytacją ale wyłącznie względem człowieka. W czasach biblijnych o ekologach w naszym nowoczesnym rozumieniu nikt nie słyszał, co nie znaczy, że nie szanowano wówczas przyrody i zwierząt. Jednocześnie płytkim, ekologistycznym interpretacjom piątego przykazania trzeba przypomnieć, że w judaizmie istniał powszechny zakaz spożywania niektórych gatunków zwierząt a wielu z racji religijnych rezygnowało z jedzenia mięsa zwierzęcego w ogóle. W czasach ewangelicznych, nie tylko czytamy często o spożywanych rybach (np. w cudach rozmnożenia chleba) ale przecież sam Jezus, ustanawiając bezkrwawą ofiarę chleba i wina, przyczynił się do uratowania chyba już miliardów zwierząt w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat.

Owszem można sobie prywatnie rozszerzyć znaczenie przykazania „nie zabijaj” także o troskę nawet o robaki w ziemi, czy szacunek dla życia każdego drzewa, czy kwiatka, ale nie wolno obwiniać chrześcijan za wyniszczenie tysięcy gatunków zwierząt, które zginęły od zanieczyszczeń przemysłowych, z powodu rozwoju cywilizacji czy dla wyżywienia miliardów ludzi, zupełnie niezależnie od jakiejkolwiek religii czy Dekalogu. Takie skrajne, można powiedzieć, ultra franciszkańskie widzenie piątego przykazania „nie zabijaj wszelkiego życia”, ładnie wygląda w teorii, ale nie ma uzasadnienia w źródłach franciszkańskich. W pismach św. Franciszka z Asyżu znajduje się fragment o tym jak głodni bracia franciszkanie, zresztą za zgodą św. Franciszka, zjedli część świni, uwielbiając przy tym Boga za bogactwo jego stworzeń.

A zatem, piąte przykazanie nie ma nic wspólnego z zakazem zabijania zwierząt, to jest sprawa innych fragmentów Pisma św. – Księga Rodzaju (historia stworzenia i przymierza z Noem). Natomiast zdarza się, że współczesne opinie ekologów przesadnie chroniące zwierzęta, milczą niekiedy wobec „holokaustu nienarodzonych” czy wobec podeptanego szacunku dla każdego człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci. Owszem, jako chrześcijanie powinniśmy sprzeciwiać się pogwałceniu dobrostanu zwierząt w ubojniach czy chlewniach na skalę przemysłową, powinno się ograniczać eksperymenty na zwierzętach, tępić kłusownictwo, marnotrawstwo żywności pochodzenia zwierzęcego, wykorzystanie zwierząt w cyrkach czy na corridzie, ale nie z racji przykazania ratzach, lecz z szerszej racji biblijnej i chrześcijańskiej troski o świat stworzony.

3. Może ta szersza, biblijna i chrześcijańska troska o stworzenie nie jest bezpośrednio związana z przykazaniem piątym ratzach („nie zabijaj” w znaczeniu „nie zabijaj niewinnych”), warto jednak w tym miejscu przypomnieć i wyjaśnić na czym ma polegać troska o stworzenia (zwłaszcza o zwierzęta) nie tylko dla lekarza weterynarii, ale dla każdego, komu drogie jest życie jako takie i kogo razi ograniczanie tego życia przez choroby, ból i krzywdę wszystkich istot żywych.

Krytycy judeochrześcijańskiej wizji stworzenia i relacji człowieka do stworzenia powołują się na znany tekst z Księgi Rodzaju mówiący o słowach Boga: „(…) Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim zwierzątkiem naziemnym!»” (Rdz 1, 26) oraz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszelkim zwierzątkiem naziemnym” (Rdz 1, 28).

Występuje tam określenie hebrajskie, które dosyć niefortunnie zostało przetłumaczone w języku polskim jako „panować”, czynić ziemię „poddaną”. Niefortunność polega na tym, że nie mamy niestety lepszych słów do opisu pewnego rodzaju relacji feudalnych, które przypominają „panowanie” i „poddaństwo” króla i jego poddanych. Rzecz w tym, że język hebrajski odróżnia relację dobrego króla troszczącego się o swoich poddanych i relację złego władcy, niedbałego o królestwo, źle traktującego swoich poddanych, natomiast w języku polskim potrzebny jest jeszcze przymiotnik, albo „złe panowanie” albo „dobre panowanie”. W tekście oryginalnym, w Księdze Wyjścia jest użyte słowo „panować” w tym pierwszym, pozytywnym znaczeniu i ten czasownik występuje jeszcze w innych miejscach Biblii (księgi królewskie) właśnie w opisach dobrego króla, który troszczy się o swoich poddanych, zabiega o nich, nie uważa się za władcę absolutnego, lecz sprawuje władzę w imieniu Boga, w poczuciu odpowiedzialności za powierzonych sobie poddanych.

Tak też należy rozumieć „panowanie nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim zwierzątkiem naziemnym” jako opiekę, troskę, pełne odpowiedzialności podejście do przyrody, bardziej jako mecenat niż nadzór. Nie ma w tych znaczeniach mowy o niszczeniu przyrody, bezmyślnym, masowym zabijaniu ryb, ptaków i zwierząt, nie ma mowy o zatruwaniu, grabieży, nieodwracalnej eksploatacji czy marnotrawstwie całej przyrody.

W związku z tym, próbuje się alegorycznie, metaforycznie „tłumaczyć” idee biblijne związane ze słowem „panować nad rybami, ptactwem i zwierzętami” innymi określeniami w języku polskim. Pięknym jest np. stwierdzenie: „Czyńcie sobie ziemię kochaną” albo „Uczyńcie świat przyrody na obraz i podobieństwo Boga”. Taka interpretacja dzieła stworzenia i relacji człowieka do innych istot żywych wydaje się bliższa duchowi Pisma św. i lepiej też oddaje rolę lekarza weterynarii.

4. Przyjrzyjmy się teraz słowom Chrystusa: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj»; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego” (Mt 5, 21-22).

Dochodzimy tu do istotnych części przykazania ratzach, ponieważ odkrywa się w tych słowach Ewangelii całą chrześcijańską i niezwykłą interpretację piątego przykazania. Jezus pokazuje nie tylko sam skutek – zabójstwo, śmierć ale wskazuje na przyczynę łamania przykazania „nie zabijaj”. W Ewangelii nie chodzi już o dekalogowe „ratzach” (nie morduj) jak w Starym Testamencie, Ewangelia przekracza poziom prawny przykazania i poleca wejść na wyższy poziom: poziom serca, poziom nienawiści, złej intencji, złej myśli, złego słowa.

W czasach starotestamentalnych, istotnym kontekstem przykazania „nie zabijaj” było prawo odwetu czy prawo kary śmierci. Kara śmierci, mimo iż wykonywana z premedytacją wobec winowajcy, nie wchodziła w zakres biblijnego „ratzach”. A karano śmiercią nie tylko zbrodniarzy ale także winnych kultu bożków, bluźnierstwo, czary, cudzołóstwo kobiety, pogwałcenie szabatu). Jezus natomiast mówi: „Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoja szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące (Mt 5, 38-41).

Oto najwyższy pułap, pełne rozumienie przykazania: „Nie zabijaj”. „Prawo odwetu, choć reprezentowało pewien rodzaj postępu w sprawiedliwości i moralności dawnych czasów zostało definitywnie obalone. Dlatego nie wystarczy ograniczyć się do odpłacenia za doznane zło taką sama miarą zła, ale mowa tu o odwdzięczeniu się za zło dobrem. Jezus proponuje swoim uczniom całkowite odrzucenie przemocy, we wszystkich jej formach. Postawa implikuje rezygnację z zemsty, z samoobrony, nakazuje miłość nawet wobec nieprzyjaciół: «Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują» (…) Mt 5, 43. (A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. II, s. 46-47).

5. Takie postawienie przykazania piątego, w świetle nauki Jezusa, stawia z kolei nas, chrześcijan, uczniów Jezusa w spore zakłopotanie. Nawet nauczanie Kościoła, odnoszące się do słów Pisma św. też nie jest proste, bo oto w Katechizmie Kościoła Katolickiego (numer 2263) mamy przykład możliwości obrony własnej, można powiedzieć, wbrew słowom Jezusa: „Uprawniona obrona osób i społeczności nie jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnego człowieka, czyli dobrowolnego zabójstwa. Z samoobrony może wynikać dwojaki skutek: zachowanie własnego życia oraz zabójstwa napastnika. Pierwszy zamierzony, drugi niezamierzony”.

Aby to zrozumieć, po pierwsze, przede wszystkim musimy wziąć pod uwagę znaczenie przykazania piątego odnoszące się do „nie zabijania niewinnego”. W sensie dosłownym zabójstwo napastnika, który grozi nam śmiercią nie dotyczy „niewinnego”. Morderca, który może zabić, nawet przy okazji kradzieży czy gwałtu, na pewno nie jest niewinnym człowiekiem, który popełnia zbrodnię „niechcący”, przypadkowo.

Po drugie, konieczność obrony własnego życia ma uzasadnienie już w dawnej tradycji Kościoła, najszerzej tłumaczył to św. Tomasz z Akwinu i jak podają zasady moralne w samoobronie ze skutkiem śmiertelnym, wartość własnego życia oraz często jednocześnie życia innych, bliskich osób pozwala na obronę nawet ze skutkiem zabicia napastnika (oczywiście przy założeniu proporcjonalności środków obrony). Nie ma tu miłości nieprzyjaciół, nie ma też w takim ataku szans na modlitwę za agresora, chodzi o życie swoje i innych i chociaż oczywiście jest możliwy bierny opór a nawet zgoda na śmierć (często męczeńską, za wiarę) tak, jak to uczynił Jezus. Można też powiedzieć, że Katechizm Kościoła Katolickiego, rozwijając myśl św. Tomasza, próbuje urealnić współcześnie stosowanie piątego przykazania.

Ważnym, trzecim kontekstem wyjaśniającym pozorny konflikt „miłości nieprzyjaciół” z Ewangelii i „obrony koniecznej ze skutkiem śmiertelnym z Katechizmu, jest fakt, że, wskazanie Ewangelii nie ma charakteru kategorycznego, nie nakazuje bezwarunkowo postępowanie heroiczne. Sformułowanie: „Powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” jest przedstawieniem dawnej postawy i ukazanie nowej możliwości. Jezus wskazuje na cel i proponuje, nie nakazuje sposobu jego realizacji – „jest to raczej punkt dojścia niż droga”.

Po czwarte, cytowane teksty dają możliwość pewnej stopniowalności zasady „miłości nieprzyjaciół”: „Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”, to znaczy, że nadstawienie po raz trzeci policzka do uderzenia, nie jest już ewangeliczne. Poza tym, nikt nie powinien wyciągać wniosków co do całości swego postępowania na podstawie tylko tego jednego zdania o miłości nieprzyjaciół. W innych miejscach Ewangelii również mocno Jezus mówi: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie” (Mt 10, 16).

I ostatni, piąty punkt w tej interpretacji, wydaje się, że Jezus chce nas nauczyć nie tyle postawy, konkretnego działania, czy podać sytuacje do zastosowania idealnego postępowania ale przemiany serca, zmiany w myśleniu aby tak zmieniane życie chrześcijańskie doprowadziło kiedyś do ideału ewangelicznego. Przecież wszystkie przykazania Dekalogu są zadaniem, pokazaniem doskonałego wzoru a nie suchym, formalnym nakazem czy zakazem.

6. Głównym celem piątego przykazania była w starożytnym Izraelu ochrona niewinnych, najsłabszych, najbardziej zagrożonych zuchwalstwem, okrucieństwem, agresją i nienawiścią. „Nie zabijaj” było i jest związane z wojną, grabieżą i pożądaniem, wszędzie tam, gdzie istniało zagrożenie życia, zabójstwo z premedytacją i celowe niszczenie życia niewinnych, ale współcześnie, poza ochroną jednostek, rodzin i społeczności, „ratzach” (nie morduj) nabiera nowych znaczeń globalnych, cywilizacyjnych, systemowych.

W skali jednostkowej, też pojawiają się zjawiska nowe, które podlegają omawianemu przykazaniu. Wspomniałem, że nie będę rozwijał tematów „wojennych” w związku z piątym przykazaniem, ale nie można w tym obszarze pominąć jednej bolesnej kwestii. Mianowicie, w niektórych krajach, zwłaszcza w Afryce, istnieje proceder porywania dzieci, szkolenia ich i przymuszania do zabijania jako „dzieci żołnierzy”, które później bez skrupułów są w stanie wymordować swoją najbliższą rodzinę. W tym przypadku, „ratzach” dotyczy zarówno „zabijaniu” w dzieciach ich niewinności, jak i zabójstw dokonywanych przez te dzieci na rozkaz ich dowódców, najczęściej najgorszych zwyrodniałych morderców. To zabijanie w dzieciach i młodzieży ich wrażliwości, szlachetności, niewinności i dobra (także w znaczeniu szóstego przykazania), ma obecnie bardzo wiele form, składając się na cały globalny system tzw. „cywilizacji śmierci”.

Pojęcie „cywilizacja śmierci” pochodzi z nauczania Jana Pawła II i po raz pierwszy zostało użyte w Liście do Rodzin Gratissimam sane z 2 II 1994, które jak najbardziej mieści się w biblijnym znaczeniu piątego przykazania: „Stajemy wobec olbrzymiego zagrożenia nie tylko poszczególnego, jednostkowego życia ludzkiego, ale całej naszej cywilizacji. Twierdzenie, że nasza cywilizacja stała się, pod pewnymi względami «cywilizacją śmierci», w tym punkcie zyskuje swe szczególne potwierdzenie” (nr 21). Można zjawisko cywilizacji śmierci w różnych przejawach określić jako antydekalog współczesnego świata. Poszczególne „przykazania” tej cywilizacji dotyczą zarówno ratzach (nie morduj), jak i tworzeniu różnych bogów, czci oddawanej bożkom, promowaniu kradzieży, cudzołóstwa, pożądania i chciwości. Cywilizacja śmierci to nieustanna wojna światowa, może bez typowych dla wojny narzędzi zabijania, ale w sensie moralnym trwająca już dziesiątki lat światowy konflikt między życiem i śmiercią na frontach od początku życia (aborcja) do kresu życia ludzkiego (eutanazja), gdzie milionami padają niewinne ofiary (ratzach).

Kryje się tu mnóstwo tematów, wiele można by pokazywać współczesnych przykładów przeciwnych przykazaniu „nie zabijaj”, które już konkretnie w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej nabrało skali globalnej, ludobójczej, przemysłowej i powszechnej (wspomnę tylko – żeby nie przedłużać – o nazistowskich i sowieckich obozach zagłady).

7. Gdy giną miliony niewinnych, o znaczeniu piątego przykazania Dekalogu nie trzeba nikogo przekonywać ale w tej konferencji kryje się jeszcze mniej uświadomiony powszechnie wątek. Nie umierają wprawdzie w znaczeniu fizycznym, masowo, niewinni, nie można wprost wskazać morderców z imienia i nazwiska, ale – jak to zasygnalizowano w problemie cywilizacji śmierci – nieustannie na wielką skalę „zabija” się „życie”, w jego istnieniu, tajemnicy i pięknie.

Otóż omawiane przykazanie dotyka śmierci, dramatu przerwanego życia, staje bezwarunkowo w obronie niewinnego życia ale też pośrednio zakłada nieuchronność przemijania i – jak w całym Dekalogu i Biblii – wskazuje na Boga, który jest Panem życia i śmierci. On daje życie wieczne i w jego ręku znajduje się los niewinnych ofiar śmieci (por. Hiob 12, 10). Natomiast świat współczesny, poza masowymi zamachami na niewinne życie ludzkie, w nurcie cywilizacji śmierci, tworzy antybiblijną kulturę śmierci, wywraca jej znaczenia, banalizuje, ośmiesza, pozbawia znaczenia, bawi się śmiercią…

Francuski antropolog Philippe Ariès określa te zjawiska jako „zdziczenie śmierci” (wypartą ze świadomości, napełniającą lękiem, i bezduszną), „zracjonalizowanie śmierci” (technologia pogrzebowa, tanatopraksja – upiększanie zwłok, „przemysł wykorzystania zwłok”) i „śmierć na uzgodnienie” (eutanazja, samobójstwo, zabawy ze śmiercią). Dochodzą do tego jeszcze mechanizmy „śmierci medialnej” (gry i zabawy, film, Internet), „dehumanizacji śmierci” (braku szacunku dla zmarłych, ozdoby z ludzkich prochów), czy „kontrkultury śmierci” (wykorzystanie zwłok do komercji, prowokacji artystycznej, itp). Można powiedzieć, że nowoczesne sposoby masowego zabijania niewinnych ludzi idą w parze z masowym wypychaniem śmierci ze świadomości lub z wykrzywieniem obrazu umierania i śmierci w umysłach, uczuciach żyjących ludzi. Ta nowa „kultura śmierci” przenika do wychowania, edukacji, sztuki, religii i zwyczajów społecznych. Sprzężenie tych procesów, zabijania i oswajania z zabijaniem, upowszechnianiem zabijania z pozbawianiem poczucia winy za spowodowanie śmierci, jeszcze bardziej nakręca spiralę cywilizacji śmierci i pozbawia znaczenia przykazanie „nie zabijaj”.

Ubocznym skutkiem są praktyki celowego okaleczania ciała, tortury, niszczenia jego piękna, skaryfikacja, tatuaż, piercing, wszczepianie implantów deformujących ciało, głodzenie się a w obszarze psychicznym: fascynacja umieraniem i śmiercią, poszukiwanie stanów granicznych (ekstremalne zachowania), okultyzm, samobójstwa, wampiryzm i inne formy epatowania śmierci w muzyce, sztuce, filmie, nihilizm egzystencjalny. Nie ma się też czemu dziwić, jeśli usłyszymy o kradzieżach zwłok z cmentarzy, kostnic i zakładów pogrzebowych celem wyizolowania ścięgien i kości do celów komercyjnych, sprzedaży organów i tkanek ludzkich, wykorzystywaniu części ciała dla przemysłu chemicznego i płodów poronionych lub poaborcyjnych w chirurgii regeneracyjnej i kosmetyce odmładzającej. To też jest pogranicze przykazaniaratzach (nie zabijaj)…

Nota bene, dla lekarzy weterynarii powinny dać do myślenia przypadki przesady i absurdu w przeżywaniu, afirmacji, humanizacji (uczłowieczenia) śmierci zwierząt. Cmentarze dla ukochanych psów i kotów można jeszcze uznać jako pewien sposób manifestowania ludzkich uczuć ale gdy niektóre środowiska prowadzą poważne batalie w obronie życia rzadkich ptaków czy motyli a za nic mają życie ludzkie, to nie chodzi tu o ochronę zwierząt i ekologię ale o zgubne dla zwierząt i ludzi tendencje cywilizacji śmierci. Według piątego przykazania, jak powiedziano wyżej, brak zakazu zabijania zwierząt nie oznacza szacunku i troski o zwierzęta ale na pierwszym miejscu i we właściwym znaczeniu jest zakaz zabijania człowieka, zwłaszcza dziecka czy osoby starszej. Można też powiedzieć z drugiej strony, że człowiek który nie szanuje swojego ciała (życia), nie będzie szanował nie tylko innych ludzi (ich ciał i życia) ale również nie będzie miał skrupułów w zadawaniu bólu i śmierci zwierzętom, ptakom i innym istotom żywym…

8. Zbliżając się do końca naszych rozważań, można sformułować kilka wniosków.

Sformułowanie „nie zabijaj” wydaje się proste, ale w szczegółach okazuje się, że to przykazanie bardzo głęboko dotyka natury zła, natury człowieka. Jedno zdarzenie związane ze śmiercią lub zagrożeniem śmierci – zmienia życie człowieka (zabójcy i ofiary). Piąte przykazanie nie kończy się na Dekalogu ale jest kontynuowane przez Jezusa w Ewangeliach i można powiedzieć, nie znosi podstawowej tezy ale ją dopełnia, prowadzi do ideału.

Ten ideał, w zakresie ochrony niewinnego życia ludzkiego, to nie tylko sam zakaz, nie tylko powstrzymanie się od zabójczych czynów; równie ważne w zachowaniu piątego przykazania ma intencja, świadomość, premedytacja, pragnienia i uczucia – wszystko z czym wiąże się dokonanie zabójstwa i co prowadzi do zabójstwa. Co to oznacza w praktyce?

Tak łatwo wyrażamy nasze złości, grozimy – poważnie lub mniej poważnie: „zabiję cię…” i okazuje się, że już same słowa są ważne. Jezus przestrzega przed złymi, śmiercionośnymi słowami i emocjami: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi». A Ja wam powiadam: «Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi». A kto by rzekł swemu bratu: «Raka, podlega Wysokiej Radzie». A kto by mu rzekł: «Bezbożniku, podlega karze piekła ognistego» (Mt 5, 21-22). To znaczy, że można zabić, zniszczyć drugiego człowieka słowami, oszczerstwem, nienawiścią. W realiach cywilizacji śmierci, niewinność człowieka łatwo podeptać, zabić w nim dobro, prawdę i piękno. Zgorszenie, zły przykład, nienawiść jest równie śmiercionośnym narzędziem jak broń. A zatem, przykazanie „nie zabijaj” dotyczy dziś może nawet więcej sytuacji, niż w czasach Starego Testamentu a Jezus w Ewangelii wiąże z tym przykazaniem wysokie wymagania. Jednocześnie Ewangelia pokazuje jak silne jest dobro, jak odrobina miłości wygasza zło, zawsze zwycięża zło i śmierć. Wystarczy aby morderca przestał się karmić nienawiścią, agresją i doświadczył miłości, już jego możliwości zabijania się kurczą. Tak jak nowotwór ginie, gdy odetnie się mu dopływ składników odżywczych, tak odcięcie złych emocji, złego środowiska, złych przykładów prowadzi do ustania zagrożeń dla życia niewinnego. Szacunek dla życia, troska o życie i życiodajna miłość umacnia przykazanie „nie zabijaj”.

Piąte przykazanie Dekalogu, oprócz tego że jest ważne, ma niezwykłe znaczenie przyszłościowe. Mówią o tym ostatni papieże, mówi o tym eskalacja cywilizacji śmierci, mówi o tym zdrowy rozsądek – sprzeciw zabijaniu jest warunkiem istnienia całego świata i każdego człowieka, zwłaszcza u początku i kresu życia.

„Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, próby wywierania przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby: wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażając cywilizację ludzką bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy, i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy” (Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes, n. 27). „Niestety, te niepokojące zjawiska bynajmniej nie zanikają, przeciwnie, ich zasięg staje się raczej coraz szerszy: nowe perspektywy otwarte przez postęp nauki i techniki dają początek nowym formom zamachów na godność ludzkiej istoty, jednocześnie zaś kształtuje się i utrwala nowa sytuacja kulturowa, w której przestępstwa przeciw życiu zyskują aspekt dotąd nieznany i - rzec można - jeszcze bardziej niegodziwy, wzbudzając głęboki niepokój; znaczna część opinii publicznej usprawiedliwia przestępstwa przeciw życiu w imię prawa do indywidualnej wolności i wychodząc z tej przesłanki domaga się nie tylko ich niekaralności, ale wręcz aprobaty państwa dla nich, aby móc ich dokonywać z całkowitą swobodą, a nawet korzystając z bezpłatnej pomocy służby zdrowia” (Jan Paweł II, Encyklika Evangelium vitae, n. 3-4).

Zakończenie. Idea „nie zabijaj” okazuje się nie tylko zakazem ale wezwaniem do życia, jest nie tylko sprzeciwem wobec śmierci niewinnego ale postulatem wygaszenia nienawiści, pozytywną zmianą myślenia, pokazaniem potęgi miłości, powrotem do pierwotnej niewinności sprzed grzechu w raju i sprzed zabójstwa Abla, jest zaproszeniem do wspólnoty uczniów Jezusa, którzy budują cywilizację życia.

W tej afirmacji życia, sprzeciwie wobec śmierci ludzi i zwierząt wielkie zadanie mają lekarze weterynarii. A jeśli ktoś musi uśpić starego, schorowanego psa, to akurat w dokładnym znaczeniu przykazania „ratzach” (nie morduj), nie łamie on Dekalogu i nie musi się z tego spowiadać…

KONFERENCJA NA TEMAT IV PRZYKAZANIA DEKALOGU

XIX OGÓLNOPOLSKA PIELGRZYMKA LEKARZY WETERYNARII NA JASNĄ GÓRĘ: 12 VI 2011

„CZCIJ OJCA SWEGO I MATKĘ SWOJĄ”

(na podstawie A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. I, Salwator, Kraków 2004)

Wstęp. Ponownie spotykamy się z Dekalogiem. Przechodzimy do części drugiej, podejmującej przykazania dotyczące człowieka, jego relacji do różnych obszarów życia codziennego. W części pierwszej, omawiającej relacje człowieka do Boga, relacje do kultu mówiliśmy o kulcie jednego Boga, o szacunku dla imienia Bożego oraz o świętowaniu dnia Pańskiego – a więc uwaga była skupiona na Bogu. W pierwszym przykazaniu części drugiej (podział przykazań jest tylko zewnętrzny, tak było napisane na Tablicach Przymierza i nie ma znaczenia w praktyce ważności, w ich zachowywaniu), Dekalog podejmuje przykazanie relacji do rodziców, co nie znaczy, że jest ono w części drugiej, najważniejsze. Każde przykazanie ma swoją ważność, niezależnie od innych przykazań i obowiązuje w taki sam sposób jak inne.

Warto tu zauważyć, że u Żydów przykazanie czwarte należy do pierwszej grupy przykazań i zamyka obowiązki wobec Boga. To znaczy, że cześć wobec rodziców wiąże się z czczeniem Boga a zaniedbanie rodziców stanowi wykroczenie wobec Boga.

1. Przykazanie, które podejmujemy w tegorocznej pielgrzymce ma kilka odniesień do Pisma św. ST: „Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie” (Wj 20, 12); „Czcij swego ojca i swoją matkę, jak ci nakazał Pan, Bóg Twój, abyś długo żył i aby ci się dobrze powodziło na ziemi, którą Ci daje Pan, Bóg twój” (Pwt 5, 16);„Każdy z was będzie szanował matkę i ojca i będzie zachowywał moje szabaty. Ja jestem Pan, Bóg wasz! (Kpł 19, 3).

Nie znaczy to, że w Piśmie św. nie ma więcej mowy o rodzicach, o rodzinie, czy dzieciach. Szczegółowych wskazań jest bardzo wiele, podane trzy cytaty stanowią jedynie podstawę IV przykazania Dekalogu (inne teksty na ten temat: Pwt21, 18-21; 27, 16; Wj 21, 15. 17; Kpł 19, 32; 20, 9; Ez 22, 7; dosyć dużo w Księdze Przysłów 1, 8; 10, 1; 15, 5; 19, 13. 26; 20, 20; 23, 22; 30, 11. 17 oraz dłuższy fragment w Księdze Syracha 3, 1-16).

Te biblijne określenia i obrazy wymagają jeszcze opisania jakie były realia rodziny żydowskiej w czasach, gdy formułowały się przykazania? W starożytnych narodach z czasów Abrahama, rodzina była dominująco patriarchalna, z dziedziczeniem pierworodnego syna i pierwszeństwie synów przed córkami. Zdarzała się poligamia i konkubinat jako znaki dominacji ojca rodziny również nad żoną. Ojciec mógł nawet sprzedać dzieci jak niewolników a nawet zdarzały się ofiary krwawe z dzieci. Gdy Izrael, po przejściu na osiadły tryb życia, po wyjściu z Egiptu stał się Narodem Wybranym, społeczeństwo uległo głębokim przemianom. „Charakteryzuje się on przywiązywaniem dużego znaczenia do środowiska rodzinnego. Po zburzeniu Świątyni dom stał się tak naprawdę centrum życia religijnego: rodzinny stół jest równoznaczny z ołtarzem ofiarnym, podczas gdy ojciec przyjmuje rolę sprawującego domowy kult. Asystuje mu matka, strażniczka czystości wzajemnych stosunków i pokoju w domowym ognisku. Biblijny przykład określa zatem model rodzinnej cnoty i synowskiej miłości (…). Przez cały czas Wygnania, od zburzenia Świątyni w Jerozolimie w roku 70., do proklamowania Państwa Izraelskiego przez Davida Ben Guriona, 15 maja 1948 roku, żydowska rodzina służyła za ostatnie schronienie przed prześladowaniami, deportacjami, inkwizycjami i masakrami wszystkich Shoah (holokaustów) historii: w nadziei na ocalenie żydowska matka, prawdziwa matka bolesna, zachowywała nietkniętą pamięć ludu i swoją nadzieję w oczekiwaniu na Powrót”. (A. Chouraqui, I dieci Comandamenti. I doveri dell`uomo nelle tre religioni di Abramo, Mandadori, Milano 2001, s. 125-126)

Nie trudno zauważyć analogię z historią Polski i rolą rodziny w dalszej i bliższej przeszłości narodu nad Wisłą. Jak widać tradycyjny kształt i rola rodziny katolickiej w Polsce nie jest oderwana od korzeni religijnych chrześcijaństwa i jeszcze wcześniej judaizmu.

Podobnie islam. W wyobrażeniu Allaha znajdują się cechy matki (troskliwość, łagodność) i miłość rodziców do dzieci musi być podobna do miłości Allaha. Kobiety jednak i córki się nie liczą w rodzinie, to już jest uwarunkowane specyficzną kulturą arabską. Koran mówi w surze II, 83: „Czcijcie tylko Boga. Bądźcie dobrzy dla rodziców, krewnych, sierot i ubogich. Mówcie ludziom dobre rzeczy. Odmówcie modlitwę i wpłaćcie datek”. W surze IV, 36 czytamy jeszcze: „Dobrze czyńcie rodzicom”.

2. W ukazaniu tła IV przykazania, warto jeszcze wyjaśnić słowo „czcić” w brzmieniu polskiego tłumaczenia analizowanego przykazania, które nie do końca oddaje myśl autora biblijnego. W oryginale hebrajskim jest użyte słowo „kabed” oznaczające „przywiązywać wagę, mieć ciężar” czyli „przywiązuj wagę, poważnie traktuj swego ojca i matkę”. A więc, Biblia bardzo mocno, „z dużym ciężarem” podkreśla ważność relacji dzieci do rodziców i odwrotnie – jak się okaże w naszych rozważaniach, także relację rodziców do dzieci. Jest jeszcze jedno słowo w Piśmie św.: hebr. „kebot” (gr. doxa) które oznacza – chwalić, głównie na oznaczenie chwały Boga: to co jest ważne, co ma wartość, co jest potężne, co się liczy.

Stąd pierwszy wniosek: przykazanie IV nie zawiera się w zwykłej, formalnej, sentymentalnej czci, szacunku (czasem na odległość) ale ma swoją wagę: jest głębokim, praktycznym, poważnym, stałym, czynnym odniesieniem dziecka (najczęściej już dorosłego) do starszych rodziców. To dziś nie jest takie oczywiste, obowiązki wobec rodziców traktuje się albo symbolicznie, sentymentalnie i uczuciowo (wystarczy telefon z życzeniami, lub jakiś prezent wysłany pocztą) albo materialnie, egzystencjalnie, żeby rodzicom nic nie brakowało (troska o zdrowie, jedzenie, mieszkanie, odwiedziny – najczęściej na Święta). Nic więcej?

Dlatego należy podkreślić, że „cześć” rodziców oznacza wiele głębszych racji. Chociażby uświadomienie sobie przez dorosłe dzieci, że życie, które otrzymaliśmy od rodziców jest dziełem Bożym i powinniśmy czcić rodziców nie tylko dlatego, że potrzebują naszej pomocy, spotkania czy zapewnienia o miłości ale dlatego, że przekazując życie dzieciom (mniej czy bardziej świadomie) włączyli się w boskie dzieło stworzenia i życia. „«Czcić» oznacza w gruncie rzeczy dostrzegać, że rodzice mają dla nas i dla naszego życia fundamentalne znaczenie. To znaczenie wynika zasadniczo z faktu, że dali nam życie jako współpracownicy Boga”. (A. Pronzato) Odkrywa się tu, nie tylko fakt zdumienia nad tajemnicą życia (gdy dorosłe dzieci sami stają się rodzicami), ale niezwykłym odkryciem „czci” jest fakt, że nie ma znaczenia jakimi dawcami życia, wychowawcami, opiekunami byli rodzice, jaki dali posag, wykształcenie, zabezpieczenie finansowe czy start życiowy ale najważniejsze jest to, że w tym wszystkim byli współpracownikami Boga. Może byli niezbyt dobrymi narzędziami w ręku najlepszego Ojca, ale – czy na to zasługują, czy nie – stanęli na wysokości zadania, skoro my, jako dzieci, jesteśmy na tym świecie.

Powiązanie roli Boga i roli rodziców jest bardzo wyraźne. Dobrze, że doznaliśmy miłości od rodziców, wtedy łatwiej zrozumiemy miłość Boga, gdyby ze strony rodziców nie było dobrego przykładu miłości, zawsze możemy w IV przykazaniu dziękować za miłość Boga, który nie tylko powołał na do istnienia ale z miłości za nas przelał krew w Jezusie Chrystusie. Nieprzypadkowo ludzkie relacje związane z przykazaniem „czcij ojca swego i matkę swoją” przechodzą na teren wiary i relacji z Bogiem. Bardzo często przecież, jeżeli właściwie, głęboko zrozumiemy to przykazanie, w postaci naszego ojca i naszej matki (niejednokrotnie schorowanych i starszych) odkrywamy obraz Boga Ojca albo w modlitwie do Boga (bywa, że po śmierci naszych rodziców) widzimy w Domu Ojca naszych rodziców, zbawionych i szczęśliwych, właśnie za to, że dali nam życie.

3. W praktycznym wymiarze omawianego przykazania, podajmy teraz kilka ważnych uwag (różnych autorów), na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi (może niektóre nas zaskoczą...).

Najpierw można zaznaczyć, że ojciec i matka w IV przykazaniu są oboje potraktowani równo, na tym samym poziomie wymagają szacunku. Mowa jest o rodzicach w sensie pozytywnym, drugi raz w Dekalogu, po przykazaniu o szabacie (kolejne będą już zaczynać się na „nie”) i jest to jedyne przykazanie, w którym określa się nagrodę za jego przestrzeganie: „obyś długo żył…” Ważne jest również to, że w potocznym rozumieniu chodzi w przykazaniu o posłuszeństwo dzieci rodzicom, ale nie ma tam mowy o posłuszeństwie lecz o szacunku i czci występującym raczej u dorosłych dzieci wobec starszych rodziców. W znaczeniu słów języków oryginalnych, w których zapisano to przykazanie, chodzi bardziej o aspekt materialnej troski o rodziców a nie odniesienie samego emocjonalnego posłuszeństwa. Z przykazania „czcij ojca swego i matkę swoją” wynika też domyślnie wzajemność relacji, nie tylko obowiązki dzieci wobec rodziców, ale również powinności rodziców wobec dzieci.

Kolejne odkrycie, przykazanie IV jest jedynym, które dotyczy relacji między ludźmi,jest przykazaniem społecznym, reguluje relacje społeczne, zarówno na poziomie rodziny jak i wspólnoty a szczególnie w przypadku relacji dzieci – rodzice. Jest to w ogóle przykazanie wskazujące na kolejność, zastępowanie pokoleń, sięgające przeszłości, korzeni, doceniające wartość tradycji. Bardzo ważną kwestią jest również to, że szacunek dla rodziców nie jest czymś wrodzonym, stałym i oczywistym, to jest zadanie wychowania i rozwoju człowieka, po prostu trzeba się tego uczyć, nie ma tu instynktu jak w przypadku ochrony własnego życia (przykazanie V). Przykazanie IV jest sformułowane bezwarunkowo, tzn. że należy czcić, szanować, troszczyć się o rodziców bez względu na to jak wypełniali oni swoje obowiązki rodzicielskie (podobnie jak przykazanie: „będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”, oznacza miłość nawet wtedy, gdy ktoś na to nie zasługuje).

W kontekście współczesnych, naszych kłopotów z przykazaniem „czci rodzicom”, gdy lekarze, pracownicy weterynarii, zabiegani, ciągle poza domem, na dyżurach i w pracy, „zapominamy” o rodzicach, trzeba podkreślić – co już wspomniano wyżej – że nie chodzi tylko o zapewnienie rodzicom warunków materialnych i pomocy lekarskiej, ale chodzi o kontakt emocjonalny, psychiczny i osobowy „bycia na miejscu” oraz poświęcania swego czasu dla rodziców; nie wystarczy telefon na święta bo mimo znośnych warunków życia, powstaje dookoła emocjonalna pustynia, nawet jeśli kręci się niedaleko wiele bliskich osób. Przykazanie mówi nam w domyśle, że opieka i szacunek nie może być interesowne, ze względu na emeryturę rodzica, oszczędności, spadek, czy nawet pomoc rodziców w opiece nad wnukami, np. w czasie wyjazdu na urlop.

Wśród licznych, innych kontekstów, ważne wydaje się też uczenie się wdzięczności i wzajemności. Wdzięczność, szacunek rodzicom wiąże się ze „zwróceniem” otrzymanego dobra gdy dochodzi do pewnej zamiany, odwrócenia ról – rodzice stają się dziećmi a dzieci rodzicami. Przy tej okazji można zwrócić jeszcze uwagę na zasadę wzajemności: „nie czyń tego co tobie niemiłe” i przypomnieć opowiadanie o pewnym ojcu, który rzeźbił drewniane korytko i na pytanie małego syna, co robi, odpowiedział: „robię drewnianą miskę dla dziadka, bo ręce mu się trzęsą i tłucze porcelanowe naczynia”. Na to bardzo poważnie powiedział chłopiec – „zrób tato porządnie, bo jak ty będziesz stary, też będziesz jadał z tegokorytka”. Nie trzeba wyjaśniać jak przykazanie IV przekracza granice pokoleń i staje się powinnością „czci dziadków i pradziadków” oraz wyraża ponadczasowe znaczenie wychowawcze dla całego społeczeństwa.

Ostatecznie – na koniec tych uwag – może przyda się niewdzięcznym dzieciom, którzy nie mają czasu dla swoich rodziców, widok innych dorosłych dzieci, którzy płaczą nad grobem swoich rodziców, że nie wypełnili wobec nich za życia wskazań IV przykazania…

4. Poza tymi praktycznymi spostrzeżeniami w związku z IV przykazaniem Dekalogu, podajmy niektóre chociaż idee biblijne, teologiczne, społeczne i egzystencjalne związane z szeregiem obszarów życia chrześcijańskiego.

Jak już wspomnieliśmy, przykazanie IV jest jedynym, które dotyczy relacji między ludźmi i to od razu relacji dzieci – rodzice. Ale w zakres tego przykazania wchodzą również treści wychowawcze i edukacyjne rodziców wobec dzieci.

a). Po pierwsze, nie wystarczy dać życie. Ojcem i matką tak naprawdę staje się po urodzeniu dziecka. To przede wszystkim zadanie dla ojca, odnaleźć się w nowej roli, nauczyć się tysięcy nowych zadań, obowiązków, zachowań i decyzji. Matka, która przez dziewięć miesięcy nosi dziecko pod sercem już miała trochę czasu aby do roli matki się przygotować, chociaż i dla niej urodzenie dziecka jest wielkim wyzwaniem i to nie tylko w sferze fizjologicznej. Urodzone życie wymaga tzw. „klucza interpretacyjnego” otaczającego świata. Nie wystarczy dać dzieciom jeść, ubrać, zabezpieczyć ich potrzeby, wykształcić. Trzeba dać im sens życia, pokazać wartości w życiu, dać im kompas, który pozwoli im właściwie wybierać w dorosłym życiu.

To jeszcze nie jest najważniejsze. Najważniejsze, to dać wiarę, nadzieję i miłość nadprzyrodzoną ale nie w formie chrztu i Pierwszej Komunii św. to tylko początek. Najważniejszym zadaniem rodziców, zwłaszcza ojca, jest tak umocnić dziecko duchowo, żeby potrafiło zmierzyć się z grzechem, pokusami, złem i zwyciężyć.Nie wystarczy ubrać w markowe ubrania i wykształcić w renomowanych szkołach, ojciec – bo to jest jego głównie decyzja i rola – powinien przekazać dzieciom przede wszystkim najlepszą markę osoby, wartości osoby, ładu wewnętrznego, ideałów, wzniosłych celów życiowych.Jak to wszystko uzyskać i dać synowi czy córce? Oto nie tylko przykazanie ale i wielkie zadanie życiowe

b). Drugi obszar życia chrześcijańskiego związany z IV przykazaniem i związany właśnie ze wspomnianym „kluczem interpretacyjnym” w życiu to autorytet rodziców, zwłaszcza znów – ojca… Panowie - proszę mi wybaczyć to czepianie się ojca, ale taka jest prawda, że matka ze swoimi uczuciami, wrażliwością, codziennymi domowymi obowiązkami jakoś naturalnie, instynktownie potrafi dać dziecku i wartości i ideały i wychowanie. Matka zawsze będzie budzić zaufanie, miłość i autorytet a u ojca jest to trudniejsze i jednocześnie ważniejsze, zwłaszcza dla synów. Dlatego autorytet ojca, mimo że zdobywa się trudniej, pozostawia w dzieciach głębsze ślady i pozostaje dłużej. Odwrotnie, jeśli u ojca nie ma tych cech wychowawczych, wzorczych i naśladowczych, wtedy trudności w przechodzenie dzieci w dorosłość są większe.

Autorytet nie jest związany z urzędem, stanowiskiem, wykształceniem czy posiadaną władzą. Autorytet nie ma też nic wspólnego z autorytaryzmem – ten ostatni jest raczej oznaką słabości a nie autorytetu. W IV przykazaniu chodzi o taki autorytet rodziców, żeby przykazanie „czcij ojca swego i matkę swoją” wypływało z wdzięczności dzieci za wychowanie.

c). Trzeci obszar życia chrześcijańskiego ważny w przykazaniu IV to w ogóle wspomniane już wychowanie. Nie mam zamiaru podawać tutaj wszystkich zasad wychowawczych, bo nie jest to wykład z pedagogiki, jednak jest tu kilka punktów, które pomogą w praktyce omawianego przykazania i dzieciom i rodzicom.

Współcześnie największym błędem rodziców jest chęć bycia przyjacielem dziecka (łącznie z rezygnacją zasad bycia rodzicem). Dziś młodzi mają aż za wielu przyjaciół, portale społecznościowe w Internecie są przepełnione przyjaciółmi, im potrzeba rodziców, autorytetów, wzorów, żywe, prawdziwe, kochające osoby, które czasem lepiej znają swoje dzieci niż one sam siebie zwłaszcza w okresie buntów i wyzwań. Dzieciom, najczęściej w okresie młodzieńczym nie o przyjaciół chodzi, którzy będą ustępować i pobłażać ale chodzi o kochających rodziców, którzy potrafią powiedzieć „nie”, potrafią ukarać, powiedzieć nieprzyjemną prawdę.

Nie bać się swoich dzieci, oto pierwszy krok do właściwego wychowania do wartości, cnót a nawet heroizmu – i dla dzieci i dla rodziców.

5. Zatrzymajmy się dłużej na tym punkcie, ponieważ dziś wychowanie do wartości w duchu IV przykazania Dekalogu staje się wielkim problemem i dla rodziców i dla dzieci, a później pewnie jeszcze bardziej dla dzieci tych dzieci itd.

Nie bać się dzieci, to nie chodzi o lęk, że utracimy autorytet, że dzieci przestaną nas słuchać i szanować. Nie bać się dzieci, to oznacza, że nie należy zawsze mówić „tak”, że dzieci potrzebują również kar (nie tylko wyłącznie nagród, „żeby mieć spokój”), że trzeba umieć powiedzieć „nie” i żeby nie ułatwiać im życiowej drogi. Ta umiejętność „trudnienia” swemu dziecku życia jest dziś najbardziej zaniedbaną stroną wychowania (pracy nad sobą dzieci) i najbardziej palącą potrzebą w wychowaniu. Jeżeli po latach pytamy siebie z wyrzutem, gdzie popełniliśmy błąd, czego nie nauczyliśmy dorosłych już dzieci, to najprawdopodobniej odpowiedź brzmi jedna: niewystarczająco utrudnialiśmy im życie, żeby stawiali sobie wymagania, uczyli się na własnych błędach i korzystali z „miękkiego serca rodziców”.

Proszę źle tego nie zrozumieć, że rodzice powinni być zimnymi, bezwzględnymi kapralami swoich dzieci i utrudniać wszelkimi sposobami im życie. Chodzi o to, jak proponował aktor i komediopisarz Eduardo de Filippo: „Rodzice, wychowawcy (również w obszarze chrześcijańskim) muszą przestać cackać się z młodymi, schlebiać im, zadowalać ich, spełniać zachcianki, usprawiedliwiać przewinienia, współczuć im, jakby byli nie rozumianymi geniuszami, ułatwiać im drogę, usuwając wszelkie trudności. Ułatwianie życia stanowi najgorszy błąd, który możemy popełnić w stosunku do młodych i samego życia. Wiarygodni nauczyciele, godni zaufania przewodnicy są tymi, którzy mają odwagę i umiejętności, by utrudniać życie, a więc uczynić z niego wzbudzającą entuzjazm przygodę, która jest warta przeżycia” (A. Pronzato, t. I, s. 299).

Nie można jednak „utrudnić życia” dzieciom, gdy cała uwaga, wysiłek, troska i odpowiedzialność skierowana jest „gdzie indziej” (najczęściej praca, praca praca…). Jest to niestety – znów się narażę młodszym i starszym tatusiom – współczesny problem ojców, zbyt nieobecnych w domu z powodu obowiązków zawodowych, zobowiązań społecznych, ucieczki od wysiłku wychowania, zmęczenia i pokusy zepchnięcia dzieci matce, dziadkom, szkole, uczelni i społeczeństwu, albo co gorsza powierzenie swoich dorastających dzieci „doskonałemu wychowawcy” jakim jest komputer i Internat… W rzeczywistości specjaliście od przemocy, seksu, ogłupiania i demoralizacji.

Zacytuję jeszcze raz kompetentnego autora, na którym opieramy nasze rozważania o Dekalogu, bo ma rację, mówiąc, że „dzieci wymagają stałej obecności (ale nie przytłaczającej). Wymagają czasu, dyspozycyjności, uwagi, umiejętności dialogu. Nie tolerują kazań, zniecierpliwione wzruszają ramionami słysząc rady i polecenia, ale domagają się konsekwencji, znaczących przykładów prawości, uczciwości, szczerości, wierności, szlachetności, rodzinnej harmonii, solidarności wobec biednych i słabych, szacunku, wewnętrznej czystości, akceptacji inności” (A. Pronzato, t. I, s. 301).

6. Przykazanie czwarte nie wymaga, aby zanim rodzice będą godni czci swoich dorosłych dzieci, żeby wcześniej w ich wychowaniu, wymaganiach i trosce byli doskonali, bezbłędni i przygotowani do rozwiązania każdego problemu. Nie chodzi tutaj o żaden perfekcjonizm i idealne wychowanie, ponieważ i rodzice i dzieci wiedzą, że to niemożliwe. Podstawową tezą wychowania do omawianego przykazania i w ogóle do całego Dekalogu, jest wytrwałość, czujność, pokora, odpowiedzialność i zaufanie Bogu, najlepszemu Wychowawcy, aby nie zwątpić, uciec, zapomnieć, zobojętnieć i zamknąć się w sobie.

Nie można stracić ducha, nadziei, że jednak warto, że coś na pewno zostanie z dobrego przykładu czy słowa. Może się rodzicowi wydawać, że całe lata wyrzeczeń, troski i trudu wychowania to rzucanie przysłowiowego „grochu o ścianę” a jednak nie. Coś na pewno zostanie, jeśli wprowadzi się w życie chociaż poniższych parę punktów (na pewno więcej skorzystają z tej części naszych rozważań młodsi rodzice, ale starsi – już dziadkowie i babcie też mogą mieć coś do powiedzenia wnukom…). Czego mogą nauczyć rodzice, dziadkowie lekarze weterynarii?

Pierwsza wskazówka to przede wszystkim, nauka tego co stanowi istotę ich własnego powołania – poświęcenie się pracy, zasadom, ideałom, ludziom, zwierzętom. Szczególnie w naszych czasach, kryzysu poświęcenia, konieczne staje się wychowywanie do poświęcenia. Chociaż jest to dziś niemodne bo czasy się zmieniły i wydawałoby się że już nie ma miejsca dla doktorów Judymów, patriotów z Powstania Warszawskiego czy ideowych budowniczych socjalizmu minionej epoki, to okazuje się, że człowiek się nie zmienił, w głębi serca pragnie poświęcić wiele aby zdobyć to co piękne, wartościowe, dobre i prawdziwe. Fakt – to dziś dla młodych mało pociągające, aby iść wąską drogą wyrzeczeń, pod górę, ale z drugiej strony dla wielu karierowiczów, lekkoduchów i „ludzi sukcesu”, coraz częściej nie wystarczy już pędzić szeroką autostradą bez celu. Mogą się poświęcić i chcą się poświęcić czemuś wielkiemu, duchowemu i niezwykłemu. Dlatego lekcje poświęcenia, które mogą dać ci, którzy często za marne wynagrodzenie, albo i „za Bóg zapłać” przez lata poświęcili się weterynarii bez reszty. Może nawet aż za bardzo, kosztem zdrowia, rodziny i swoich marzeń. Nic tak nie pociągnie młodych jak przykład wytrwałego, bezinteresownego poświęcenia dla ideałów powołania lekarza weterynarii, które można śmiało postawić obok poświęcenia się dla Boga, dla ubogich czy dla Ojczyzny. „Szczęście nigdy nie znajdzie się w zasięgu ręki. Szczęście jest w zasięgu poświęcenia… Zresztą cena poświęcenia jest jedyną, która wskazuje na rzeczywistą wartość jakiejś rzeczy, a więc pozwala ja docenić, prawdziwie się nią cieszyć, uczynić ja własna. Poświęcenie jest ceną, którą trzeba zapłacić” (A. Pronzato, t. I, s. 302).

Drugą wskazówką jest nieustanna świadomość rodziców, że ich dziecko ma być dane światu, społeczeństwu a nie pozostawione sobie samym, jak jakaś gwarancja życiowa, zabezpieczenie własności na starość… Zaborczość, egoizm własnych potrzeb, lęk przed własną przyszłością, ciągłe wtrącanie się w sprawy dorosłych już dzieci, nie pozwalanie na ich samodzielne życie (to również wygoda dla młodych, którzy nie chcą opuścić domu rodzinnego, wykorzystując do końca swoich rodziców) i chęć zawłaszczenia życia swoich dzieci do końca swoich dni. Ktoś ładnie określił właściwą postawę rodziców w tym temacie, aby byli życiowymi przewoźnikami swoich dzieci, aby umieli pozostawić ich na drugim brzegu i wrócić do swojego życia. Oddzielić się od nich i od ich własnego życia nie oznacza utraty dzieci, ich miłości, troski i pomocy. Bywa, że trzeba dzielić wspólny dom, nie można inaczej, ale i wtedy trzeba przezwyciężyć pokusę zatrzymania dzieci przy sobie, niszcząc ich życiową autonomie, ingerując w ich decyzje i plany. Jeżeli we właściwym czasie i we właściwy sposób odetnie się tą ostatnią pępowinę, dorosłe dzieci to zrozumieją, będą wdzięczni i co najważniejsze – tak naprawdę będą bardzo blisko rodziców, chociaż może tysiące kilometrów od dawnego domu rodzinnego.

Kolejna wskazówka dotyczy drogi, jaką wybiorą sobie dorastające dzieci. Chodzi o to, aby na tę drogę dać swoje błogosławieństwo, a nie iść za niekiedy dorosłym już dzieckiem krok w krok. Rodzic ma wskazać kierunek, ma postawić drogowskazy i dać im właściwe wyposażenie cnót, wartości i celów życiowych, a nie narzucać im swojej wizji świata, swoich – często niespełnionych – marzeń i swojego sposobu życia. Rodzice, w duchu czwartego przykazania, mają skłonić dzieci na każdym etapie ich rozwoju, do znalezienia własnej drogi, do realizacji życiowej przygody na własny, specyficzny sposób. Owszem trzeba się tu podzielić ze swoim doświadczeniem życiowym a nawet pokazać swoje błędy lecz trzeba tu bardziej pozwolić dzieciom na popełnianie ich własnych błędów niż za wszelką cenę w życiu swoich dzieci starać się naprawiać swoje dawne błędy i grzechy. Dzieci nie są kopiami dorosłych, mają swoje własne życie i rodzice muszą z tego zdawać sobie sprawę już od pierwszych dni istnienia swoich pociech.

7. Streszczając te dwie wskazówki, według starego przysłowia, rodzice mają obowiązek ofiarować przede wszystkim dwie rzeczy: korzenie i skrzydła. Korzenie oznaczają miejsce pochodzenia, dom, tożsamość, stały punkt odniesienia, bardzo ważny fundament przeszłości, tradycji, zwyczajów i wspomnień np. dzieciństwa. Korzenie oznaczają też wszelkie umiejętności, osiągnięcia i dobra, które przydają się potem w życiu, stają się punktem wyjścia do rozwoju fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego.

Skrzydła oznaczają w wychowaniu marzenia, ambicje, ideały, które pozwalają młodemu człowiekowi wznieść się wyżej ponad przeciętność, stereotypy i ograniczenia. To jest ten element nieprzewidywalności, ryzyka, odwagi i pragnień, który stanowi często o wielkości człowieka, pozwala mu wznieść się na wyżyny heroizmu i świętości. Pedagodzy podsuwają tutaj porównanie rodzica do orła, który najpierw niesie swoje potomstwo na skrzydłach aby chronić je przed wiatrem, zimnem, niebezpieczeństwami a później zaszczepić w nich pragnienie latania, upoić ich przestrzeniami i wolnością, nauczyć wykorzystywania prądów powietrznych oraz w końcu pozwolić im latać samym, wbrew burzom i zagrożeniom życiowym.

Dobrzy, mądrzy rodzice są jak wytrawni nauczyciele, „którzy nie mogą wymagać, by ich uczniowie całkowicie się im podporządkowali, wiecznie powtarzali ich lekcje, ale znaleźli radość w wychowywaniu samodzielnych, kreatywnych uczniów, potrafiących ich prześcignąć, będących w stanie myśleć «inaczej» (co zresztą oznacza myślenie własną głową). Największą satysfakcją dla nauczyciela, który jest godzien tego miana, nie jest to, że ktoś go naśladuje, ale że go prześcignie” (A. Pronzato, t. I, s. 307).

Jeśli więc przykazanie: „czcij ojca swego i matkę swoją” ma wyrażać aktualną cześć, szacunek, troskę i miłość dziecka do rodziców, to wcześniej, w domyśle nauczania Dekalogu, znajduje się jakby „niewidzialna część” czwartego przykazania: „czcij dziecko swoje” czyli dobrze wychowuj swoje dziecko, bądź wytrwałym pedagogiem i kochającym rodzicem, daj mu korzenie i skrzydła.

8. Podobnie „niewidzialną część” przykazania stanowi nakaz: „czcij dziadków swoich” a właściwie w IV przykazaniu zawiera się raczej problem starości dziadków, odrzucenie najstarszych członków rodziny, zapomnienie o tych, którzy byli rodzicami małych dzieci a teraz wymagają zarówno troski dorosłych dzieci jak i być może dorosłych wnuków.

Starość i jej konsekwencje to również, jak wychowanie, nabrzmiały problem naszych zabieganych i nerwowych czasów. To sprawa nie tylko czci, obowiązków, szacunku i troski ale również sensu, znaczenia i przyszłości.„Długość życia zwiększyła się w ciągu tysiącleci: w okresie neolitu człowiek żył dwadzieścia lat, w epoce romańskiej trzydzieści, czterdzieści w średniowieczu, pięćdziesiąt na początku XX wieku, a w 1970 roku już siedemdziesiąt dwa…” Dziś to jestśrednio 76 lat dla mężczyzn i 80 lat dla kobiet w świecie zachodnim, przy czym w krajach Trzeciego Świata nadal żyje się średnio 30-40 lat. (za: A. Pronzato, t. I, s. 310). Przewiduje się, że w najbliższych latach (2015-2025), w krajach bogatych, z bardzo dobrą opieką lekarską, ludzie zwykle będą żyć 90-95 lat, a to oznacza, że świat szybko się starzeje i przykazanie czwarte nabiera jeszcze innych, ważnych znaczeń.

Po pierwsze, w kontekście omawianego przykazania, wydłużenie życia nie wiąże się z większym szczęściem, podwyższoną jakością życia i radością długowieczności. Starość nie jest przedłużeniem młodości, lecz zaostrzeniem starych chorób (nabywaniem nowych), utratą sensu przedłużonego życia, samotnością i brakiem opieki, zainteresowania dzieci czy wnuków. W społeczeństwie ludzi starych (ciągle rosnący ich odsetek), pojawiają się dodatkowe wydatki finansowe, konieczność rozbudowy systemu zdrowotnego i emerytalnego a środowiskach laickich starsi nawet irytują młodych, stanowią przeszkodę w budowaniu nowoczesnego świata bez cierpienia i śmierci.

Po drugie, w nurcie konsumizmu i hedonizmu może pojawić się tendencja upiększająca starość, gloryfikująca „rozkosze trzeciego wieku”, pochwały starości, która sama o siebie zadba, która nie potrzebuje pomocy i którą można np. wykorzystać jako źródło dochodów, rynek kosmetyków do walki z oznakami starości, sprzętu rehabilitacyjnego czy biur podróży dla emerytów. W rzeczywistości jednak, chodzi o wypchniecie ze świadomości społecznej wszystkich przykrych, kosztownych i emocjonalnych skutków starzenia się i zmniejszania się populacji niektórych państw. Skoro „nie ma” starszych, nie potrzeba im pomocy, opieki, towarzyszenia – nie ma kolejnego problemu w czwartym przykazaniu…

I po trzecie, ważne z punktu widzenia religijnego, współczesny świat zachodni, dawniej bogaty Bogiem, który obecnie laicyzuje się i odchodzi od Dekalogu, już nie ma tej, niezwykłej, biblijnej wrażliwości i mądrości, które towarzyszyły od wieków rodzinom chrześcijańskim. Z tą utratą odebrano starości realizm i głębię. Z jednej strony Biblia przecież nie szczędzi miejsc, w których wskazuje na marność starości (Koh 12, 1 - 8; Hi 4, 19; Iz 38, 12; Mdr 9, 15; Ps 90, 10) ale z drugiej strony wiele znaczących postaci biblijnych jest w podeszłym wieku, zwłaszcza w Starym Testamencie: Abraham, Izaak, Jakub, Mojżesz, Ezechiel. W Nowym Testamencie, ważną rolę do spełnienia ma Elżbieta, żona Zachariasza, która w podeszłym wieku urodziła Jana Chrzciciela. Podobnie Symeon i prorokini Anna, obecni przy Ofiarowaniu Jezusa w Świątyni.

9. Religijny sens czwartego przykazania bardzo dobrze oddaje tradycja Talmudu, drugiego po Starym Testamencie źródła wiary Izraela, który pokazuje sens czasu starości i znaczenie czasu poświęconego starszym. „Czas ofiarowany na zajmowanie się rodzicami i wypełnianie tego przykazania zostanie ci całkowicie zwrócony. Postępując w ten sposób, inwestujesz w czas, co dokładnie jest sensem obietnicy: «abyś długo żył i dobrze ci się powodziło na ziemi». Jako że ta obietnica nie ma tylko symbolicznego czy mistycznego znaczenia, nie odnosi się ona wyłącznie do przyszłego świata, ale do tego świat i czasu” oraz „naucz się dawać czas innym, bez czekania na ich starość”. (A. Pronzato, t. I, s. 320-321)

To rzeczywiście działa w ten sposób, że starsi potrzebują naszego czasu a my poświęcając czas rodzicom, dziadkom i wszystkim osobom starszym, otrzymujemy go pomnożonym, ubogaconym, owocnym i twórczym. To jest najważniejsze znaczenie starości naszych rodziców i dziadków, w której nie jest ona alergicznym uciekaniem od własnej „jesieni życia” i lęku przed własną śmiercią ale szansą na odkrycie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Tego co księga Powtórzonego Prawa wyraża w słowach: „zapytaj ojca, by ci oznajmił i twoich starców, niech ci powiedzą” (32, 7).

Przeszłość odkryta we wspomnieniach, uczuciach i historii starszego człowieka okazuje się zaskakująco inne od informacji internetowych i książkowych. To – najczęściej niezwykłe świadectwa – pokazują inny świat, wydawałoby się znany i opisany, a przecież tak naprawdę żywy i intrygujący. Mówiło się kiedyś, że jak umiera starzec, to zostaje zniszczona wielka biblioteka, ogrom wiedzy, doświadczeń i relacji z dawnymi miejscami i osobami. Dziś pozornie tylko, starsi ludzie nie mają nic do powiedzenia młodym, ważne jak o to zapytać i czego chcemy naprawdę się dowiedzieć.

„Trzeba zadbać, żeby teraźniejszość starego człowieka nie była pusta, nieruchoma, ponura i nudna. Trzeba kreować zainteresowania, dostarczać wiadomości, wzbudzać ciekawość, proponować inicjatywy, w których starsi byliby bohaterami, a nie zwykłymi widzami korzystającymi z osiągnięć innych. Teraźniejszość nie może być ponurą salą oczekiwań na przyjazd ostatniego pociągu, który zawiezie na ostatnią stację” (A. Pronzato, t. I, s. 325-326).

I przyszłość starszego człowieka, w duchu czwartego przykazania, musi być darem ciągle ważnego czasu do wypełnienia a nie udręką oczekiwania. To postawa nadziei, że warto na coś jeszcze czekać, czego się nie widziało, nie przeżyło, że szczęście i radość jeszcze się nie skończyła. To oczywiście wiąże się z naszym uczestnictwem w starości rodziców i dziadków, to znaczy, że oni mogą być szczęśliwi i jeszcze przeżyć wiele dobra z naszą obecnością. Przyszłość, którą podarowujemy naszym bliskim starszym ludziom ma być bezinteresowna, darowana z delikatnością, dyskrecją i szacunkiem, ma być również stała (nie od święta), czuła i pełna miłości. Trzeba dotrzymywać obietnic, nie obwiniać i oskarżać, nie wolno oszukiwać i udawać. Ważną częścią religijną daru przyszłości starszego rodzica czy dziadka jest troska o dojrzałą religijność starszych, swobodny dostęp do sakramentów świętych, czas na modlitwę i radość życia z powodu tego, że Bóg jest Miłością, zdrowiem, świętem i dobrem.

Zakończenie. Jak widać dość zaskakujące jest zakończenie rozważań nad przykazaniem „czcij ojca twego i matkę twoją”. Okazuje się, że tą „czcią” jest bardziej dynamiczne bycie z drugim człowiekiem i właściwe, głębokie przeżywanie czasu z drugim człowiekiem, niż statyczne, bierne „oddawanie czci” w modlitwie za rodziców, wspomnieniach o rodzicach, czy ogólnie pojętym szacunku dla rodziców.

Bardzo często to przykazanie „czci” starszym rodzicom, dotyczy również dziadków i obowiązków rodziców wobec dzieci. Czwarte przykazanie staje się przykazaniem przyszłościowym, pilną potrzebą poważniejszego niż dotąd stosunku do coraz starszych rodziców i wyzwaniem naszych czasów, które tak bardzo ceni młodość, rozrywkę i zabawę. Zachowanie „czci ojca twego i matkę twoją” w szerszym niż dawniej znaczeniu jest wręcz warunkiem przetrwania nie tylko pamięci o starszych ale i rozwoju młodych, warunkiem istnienia całej cywilizacji.

Dobrym podsumowaniem tych kwestii niech będzie refleksja polskiego papieża: „Dlaczego nie mielibyśmy nadal okazywać człowiekowi staremu szacunku, do którego przywiązują tak wielką wagę zdrowe tradycje wielu kultur na wszystkich kontynentach? Dla narodów zamieszkujących obszary objęte oddziaływaniem Biblii punktem odniesienia było przez stulecia powszechnie tam respektowane przykazanie Dekalogu: «Czcij ojca i matkę». Jego pełne i konsekwentne przestrzeganie nie tylko jest źródłem miłości dzieci do rodziców, ale podkreśla też silną więź między pokoleniami.

Tam gdzie przykazanie to jest akceptowane i wiernie zachowywane, ludzie starzy nie muszą się obawiać, że zostaną uznani za bezużyteczny i kłopotliwy ciężar. Przykazanie poucza też, że należy okazywać szacunek tym, którzy żyli przed nami, oraz ich dobrym dziełom: «ojciec i matka» oznaczają tu również przeszłość, więź między kolejnymi pokoleniami, dzięki której możliwe jest samo istnienie narodu. (…)

«Przed siwizną wstaniesz, będziesz szanował oblicze starca» (Kpł 19,32). Czcić ludzi starych znaczy spełniać trojaką powinność wobec nich: akceptować ich obecność, pomagać im i doceniać ich zalety. W wielu środowiskach jest to naturalny sposób postępowania, zgodny z odwiecznym obyczajem. Gdzie indziej, zwłaszcza w krajach wyżej rozwiniętych gospodarczo, konieczne jest odwrócenie obecnej tendencji, tak aby ludzie w podeszłym wieku mogli się starzeć z godnością, bez obawy, że przestaną się zupełnie liczyć. Trzeba sobie uświadomić, że cechą cywilizacji prawdziwie ludzkiej jest szacunek i miłość do ludzi starych, dzięki którym mogą oni czuć się – mimo słabnących sił – żywą częścią społeczeństwa. Już Cyceron pisał, że «brzemię lat jest lżejsze dla tego, kto czuje się szanowany i kochany przez młodych» (Jan Paweł II, List do moich braci i sióstr – ludzi w podeszłym wieku, 1 X 1999, n. 11-12).

KONFERENCJA NA TEMAT III PRZYKAZANIA DEKALOGU

XVIII OGÓLNOPOLSKA PIELGRZYMKA LEKARZY WETERYNARII NA JASNĄ GÓRĘ: 13 VI 2010

„PAMIĘTAJ, ABYŚ DZIEŃ ŚWIĘTY ŚWIĘCIŁ”

(na podstawie A. Pronzato, Powrót do dekalogu, t. I, Salwator, Kraków 2004)

Wstęp.Cztery lata temu rozpocząłem cykl omówieni dziesięciuprzykazań Bożych. W ubiegłym roku wpadł inny temat ale dzisiaj chcę już dalej kontynuować omawianie Dekalogu, w kolejności jego trzecie przykazanie: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”.

Najpierw podamtrzyteksty Pisma Świętego, które mówią o trzecim przykazaniu.

Pierwsze pochodzi z księgi Wyjścia: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jesz szabatem ku czci Pana, Boga twego. Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać żadnej pracy, ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych bram. W sześciu dniach uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko co jest w nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uznał go za święty” (Wj 20, 8-11).

Drugi tekst z księgi Powtórzonego Prawa: „Będziesz zważał na szabat, aby go uświęcić jak ci nakazał Pan, Bóg twój. Sześć dni będziesz pracował i wykonywał twą pracę, lecz w siódmym dniu jest szabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczął twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty. Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu” (Pwp 5, 12-15).

I trzeci tekst, pochodzący z księgi Rodzaju: „W ten sposób zostały ukończone niebo i ziemia oraz wszystkie jej zastępy stworzeń. A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy Bóg pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; wtymbowiemdniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał stwarzając. Oto są dzieje początków po stworzeniu nieba i ziemi” (Rdz 2, 1-4a).

1. Powyższe cytaty są dlatego ważne, że uświadamiają jak mocno zagadnienie świętowania dnia niedzielnego jest zakorzenione nie tylko w Piśmie Świętym ale również w pojęciu dnia świętego w religii Izraela, w pojęciu szabatu. Szabat, sobota to jest tradycja izraelska, żydowska i po dzień dzisiejszy Żydzi ten dzień uważają za Święty. Jest to dla nich siódmy dzień, ponieważ oni mają trochę inną kolejność dni tygodnia. Dla nas siódmy dzień, czy pierwszydzieńtygodnia, jak to jest napisane w liturgii Mszy św., jest niedzielą – naszym chrześcijańskim szabatem.

Kontekst biblijny jest bardzo ważny, ponieważ odczytując starotestamentalne treści związane z szabatem i rozumieniem trzeciego przykazania przez Żydów, odkrywamy również bardzo bogate źródła, które stanowią już o współczesnej, chrześcijańskiej teologii niedzieli (teologii szabatu). Dane z Pisma Świętego, terminologia związaną z teologią szabatu, opisy starożytnych praktyk żydowskich i zapisy Talmudu nas, jako chrześcijan wprost nie obowiązują ale warto je sobie przyswajać, bo to są korzenie naszej wiary i w przypadku trzeciego przykazania, pozwalają lepiej zrozumieć obecne znaczenie żydowskiego szabatu i praktykikatolickiegoświętowania niedzieli.

Gdy do tego dodamy całą tradycję chrześcijańską, dwa tysiące lat doświadczeń ze świętowaniem niedzieli i współczesną naukę Kościoła na ten temat okaże się jak wiele znaczy przykazanie: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” i jak wiele niekiedy gubimy z dnia świętego w codziennym pośpiechu, pracy w niedzielę, rezygnacji z Mszy św. niedzielnej i nieumiejętnościświętowania.

2.Najpierw więc przeanalizujemy dane biblijne i tradycje związane z szabatem, czy – dokładniej mówiąc – z szabasem żydowskim. Jeżeli chodzi o przeczytane fragmenty z Pisma Świętego, to można podać kilka ogólnych cech trzeciego przykazania. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, że sformułowanie „pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest powiedziane w sposób pozytywny. Nie jest zakazem jak np. przykazanie piąte ale wyraża w formule pozytywnej, żeby „pamiętać”: zwróć uwagę – to jest ważne – chodzi o coś świętego. Poza tym w księdze Wyjścia jak i w księdze Powtórzonego Prawa sformułowanie przykazania jest przedstawione w długiej sekwencji, w wielu słowach. Są to najdłuższe formuły na temat przykazań Bożych w Starym Testamenciei z całego Dekalogu najszerzej opisane jest właśnie trzecie przykazanie. Opisy jak widać są dość szczegółowe, wyliczono dokładnie wszystkie sytuacje, przypadki, osoby, których dotyczy przykazanie a lekarzy weterynarii powinno zainteresować, że jest to jedyne przykazanie (w brzmieniu z Pisma Świętego), które wprost dotyczy zwierząt: bydło, wół, osioł i w ogóle „twoje zwierzęta” a więc w wymiarze świętowania dnia niedzielnego lekarz weterynarii szczególnie powinien zachowywać trzecie przykazanie…

Poza sformułowaniem pozytywnym, długością opisu przykazania i szczegółami kogo dotyczy przykazanie „pamiętaj, abyś dzień święty święcił”, w opisach biblijnych są jeszcze dwa ważne elementy omawianego przykazania.

Pierwszy zwraca uwagę, że całe stworzenie znajduje swoje wypełnienie nie w działaniu, nie w aktywności, ale w odpoczynku. Tak można powiedzieć, że szabat-odpoczynek, siódmy dzień, dopełnia wszystkie dni stworzenia. Człowiek musi odpoczywać aby jego praca była owocna. Jeśli nie będzie siódmego dnia, na nic zmaganie się z pracą, na nic wszelkie wysiłki sześciu dni. Drugi element podkreśla w księdze Powtórzonego Prawa, że szabat wyzwala. Mamy wyraźnie nawiązanie do uwolnienia z niewoli egipskiej, a tam jak pamiętamy z Pisma Świętego Izraelici musieli bardzo ciężko pracować. Wyzwoleniem z tej niewolniczej pracybyło wyjście z Egiptu, otwarcie ku wolności. Niedziela czy szabat, dzień święty, wyzwala nas z tego, co złego może przynieść całotygodniowa praca. Można powiedzieć, że koncepcja szabatu-niedzieli-odpoczynku jest koncepcją wolności. Zobaczmy, że siódmego dnia Bóg przestaje pracować. Pismo Święte mówi – „ukończył swoje dzieło”. Ukończył dzieło stworzenia. A zatem siódmy dzień jest też dniem stworzenia w sensie dopełnienia, w sensie takiej wiechy, którą się stawia na szczycie całej budowli. Siódmy dzień jest zwornikiem całej działalności Boga.

To jest bardzo ważne, aby zrozumieć jaką głęboką wartość, jakie znaczenie ma szabas. To nie jest tylko niezrobienie czegoś, czy rezygnacja z wysiłku, ale jak sam Bóg pokazuje jak siódmy dzień jest uwieńczeniem całego stworzenia, wszystkiego co stworzył. To jest bardzo ważne, aby zrozumieć jak ten siódmy dzień należy traktować. To nie jest coś dodatkowego w stworzeniu, w pracy, działaniu. Ale jest to integralna część całego stworzenia.

Odpoczynek jest to część pracy. Jest to część świata stworzonego. Odpoczynek w jęz. hebrajskim ma bardzo szerokie znaczenie i wykracza ponad zwyczajne powstrzymywanie się od aktywności, od wysiłku, od działania, ponieważ dotyczy także harmonii, wyciszenia, spokoju, jedności i szczęścia. Takie jest rozumienie hebrajskiego słowo – menuha, czyli odpoczynek. Powtarzam: harmonia, spokój, wyciszenie, jedność i szczęście.

Atymczasem po tzw. odpoczynku jesteśmy bardziej zmęczeni niż po pracy. I mówi się, że po urlopie wracamy odpocząć. Dlaczego? Bo my nie odpoczywamy w znaczeniu biblijnym, w znaczeniu tego hebrajskiego – menuha. Niema tam harmonii, spokoju, pogody, wyciszenia, pełni, jedności, szczęścia. Kto tak odpoczywa? Jakie to trudne. Ale na tym polega właśnie pełny odpoczynek. Nie sporty ekstremalne, nie „zarzynanie się” w ogródku i zrobić za wszelką cenę ogród Eden i potem łatwo o przeziębienie, czy choroby serca, bo cały rok przy biurku, a później w dwa tygodnie pół hektara skopał. To odpoczynek? To brak roztropności.

Harmonia, wyciszenie, jedność, spokój… A więc trzecie przykazanie uczy nas, że nie tylko mamy przyjść do kościoła w niedzielę i żeby dzień święty święcić, ale uczy nas prawdziwego, biblijnego i chrześcijańskiego odpoczynku. Znany jest Psalm: „Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego, prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć”. W rzeczywistości powinno się tłumaczyć nad wody spokojne, nad wody – menuha. Nad wody, gdzie naprawdę jest blisko Boga, gdzie naprawdę odpoczywam.

3.Jeśli chodzi o ducha języka hebrajskiego, warto jeszcze zwrócić uwagę na dwa innesłówka hebrajskie i ciekawe wnioski z analizy językowej. W języku hebrajskim, co innego znaczy czasownik sabbat – czyli przerwania pracy w sensie świętowania, a co innego znaczy słowoshabbat, które właśnie w opisie przykazania występuje w księdze Rodzaju. Shabbat– czyli przestać pracować, zawiesić pracę, a nawet w tłumaczeniu niektórych egzegetów to słowo oznacza „strajk”, „strajkować”, wyraża jakby bunt przeciwko pracy. I właśnie to słowo – shabbat, jest w oznaczeniu tego siódmego dnia w którym Bóg przestał pracować. Mówiąc bardziej wprost, to Pan Bóg był pierwszym strajkującym w historii, który przestał pracować. Tak wynika z analizy słów. Natomiast słowo sabat występujew innym znaczeniu: to jest ten dzień uświęcenia, dzień świąteczny. Co innego jest dzień świąteczny, a co innego przerwanie pracy, zawieszenie pracy, o którym mówi księgaRodzaju.

Można wysnuć taką refleksję, że szabat nadaje światu nowego znaczenia. Jest ukoronowaniem dzieła stworzenia. Jest szczytem dzieła stworzenia. Dlatego też rezygnacja z niedzieli, z duchowości dnia świętego, rezygnacja z mszy św. itd., jest w istocie rezygnacją z najistotniejszego dzieła stworzenia. Z najistotniejszej części czasu i materii, jaką Bóg nam daje w dziele stworzenia. Jest to bardzo ważny wniosek, aby sobie uświadomić jak ważny jest szabat, niedziela i akt rezygnacji z niedzielnej pracy.

Dlaczego tak należy to interpretować i rozumieć? Przemawiają za tym dwie podstawowe cechy szabatu. Pierwsza to jest błogosławieństwo i druga to jest konsekracja.

Pojęcie błogosławieństwa jest związane zewzrostem, rozwojem, ponieważ sześć dni jest pobłogosławionych znakiem wzrostu, reprodukcji, pracy, natomiast siódmy dzień zostaje pobłogosławiony jakby inaczej, jako nadanie głębi, nadanie sensu tym sześciu błogosławieństwom każdego z poprzednich dni. To takie nadbłogosławieństwo, bez niego tracą znaczenie błogosławieństwa dni powszednich. Inaczej mówiąc bez odpoczynku, bez szabatu nie ma w ogóle błogosławieństwa. Możemy bardzo wiele zrobić przez cały tydzień, przez sześć dni, natomiast jeśli nie postaramy się o to błogosławieństwo siódmego dnia to wszystko będzie niepełne, kulejące i to co powiedziano w zakresie wolności i w zakresie dzieła stworzenia. Można powiedzieć, że szabat (inaczej niedziela) pozwala odkryć inne możliwości twórcze, wewnętrzną kreatywność, płodność, która jest w nas. To jest jakaś wewnętrzna dynamika nadająca sens powszednim, zwykłym czynnościom.

Na czym polega to błogosławieństwo Boga? Otóż Bóg błogosławiąc uznaje, że to jest Jego dzieło, że On się do tego przyznaje. Więc jeśli nie ma błogosławieństwa Bożego to prawdę mówiąc wszystko co robimy, jest po ludzku słabe i prędzej, czy później nie przyniesie ani zadowolenia, ani satysfakcji, a nawet jeśli na tym coś się zarobi – to:„łatwo przyszło, łatwo poszło”. Błogosławieństwo Boże w tych wszystkich dziełach siódmego dnia, niedzieli, jest niezmiernie potrzebne, aby odnaleźć w tym co robimy tę iskrę Bożą, odnaleźć oblicze Boże, odnaleźć znaczenie, odnaleźć świętość, odnaleźć jakość tej pracy. Przez cały tydzień możemy zrobić bardzo wiele w sensie ilości, ale bez niedzieli zabraknie ostatecznego szlifu, który nada jakość naszej pracy.

4. Drugi atrybut szabatu – konsekracja, oznacza, że jest coś wyłączonego z porządku ludzkiego, z powszechności. Konsekracja czyli uświęcenie występuje nie tylko w znaczeniu niedzieli, ale wszystko co się konsekruje jest przeznaczone wyłącznie dla Boga. Jeśli dzieci pierwszo komunijne ofiarowują w parafii kielich do sprawowania Mszy św. to ten kielich się konsekruje zaznaczając, że odtąd w tym naczyniu będzie sprawowana tylko Najświętsza Ofiara. To cojest konsekrowane, to jest święte i takiego kielicha nie wolno używać do żadnych innych, nawet najwspanialszych uczt. To ma być tylko i wyłącznie dla Eucharystii. Konsekracja kościoła oznacza, że ten budynek ma być tylko i wyłącznie przeznaczony na służbę Bogu. Tam nie może być dyskoteki, restauracji czy sali sportowej – jak to się zdarza niekiedy na Zachodzie (kościół się wtedy profanuje), tylko mogą się tam odbywać nabożeństwa, tylko Msza św., adoracje, procesje itp. Wielu starszych pamięta, że były takie czasy w Polsce i w innych krajach socjalistycznych (zwłaszcza w ZSRR), kiedy zabierano wiernym kościoły robiono w nich muzea albo co gorsze – magazyny i stajnie. Gdy upadały totalitaryzmy i wszystko wracało na swoje miejsce dokonywało się rekonsekracji, co oznaczało, że znów w tym budynku, w tym domu Bożym, nie będzie się czynić rzeczy niegodnych, niereligijnych.

Niedziela, inaczej mówiąc – szabat, ma znaczenie konsekracyjne. Bóg stworzył tutaj inny czas, wyjątkowy dzień. Sześć dni tygodnia jest powtarzalnych, bo praca jest powtarzalna, jest rodzajem montażowej taśmy, ale ten jeden dzień, to odstąpienie od maszyny,odstąpienie od cyklu produkcji, odstąpienie od biurka, odstąpienie od swoich obowiązków. To czas, żeby na nowo stać się człowiekiem wolnym od powtarzalnych zajęć, oderwać się od schematu pracy, która może zniewolić, uczynić z człowieka maszynę do produkcji rzeczy. Jeśli cały tydzień zajęć pochłonie tak bardzo, że praca staje się ważniejsza od osoby, od jej godności i niezwykłości, niedziela sprawia, że znów stajemy się ludźmi, znów panujemy nad maszynami, pracą i materią. Człowiek, który traci w swoim kalendarzu niedzielę, traci też swoje człowieczeństwo, swoją niezwykłość, swoją konsekrację.

Szabat-niedziela (nie mylić z wolną sobotą, czy dniem powszednim wolnym od pracy) jest świętym czasem konsekrowanym i nie może być w żadnym wypadku tak sam jak dzień powszedni. A więc to ma być inny świat, inny czasale to nie znaczy, że niedziela ma być przeznaczonawyłącznieBogu. Konsekracja – owszem jest najważniejsza, ale powinna w niedzieli wystąpić pewnego rodzaju personifikacja, zwrócenie uwagi na drugiego człowieka, na odpoczynek z drugą osobą, współpracownik ma się w tym czasie stać bliźnim, który też odnajduje w szabacie swoją konsekrację.

5.Drugi człowiek ma ogromne znaczenie w świętowaniu niedzieli. Poza czasem świętym danym drugiemu człowiekowi (zwłaszcza w relacji pracodawca-pracownik), poza dniem świątecznym, który uświęca cały tydzień wielu osób wspólnie pracujących, niedziela staje się czasem budowania, umacniania i uświęcania relacji międzyludzkich. Pierwszym i podstawowym środowiskiem świętowania niedzieli jest małżeństwo i rodzina, która w tym czasie ma przeżywać prawdziwą radość, łączność, poczucie święta i miłość. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj obecność Boga, wiara i wartości nadprzyrodzone, które towarzyszą szabatowi, ale „dzień święty święcić” odnosi się przede wszystkim do człowieka w relacji z drugim człowiekiem. Nie ma niedzieli w samotności. Nie można w pełni świętować siódmego dnia bez relacji międzyludzkich przez cały tydzień roboczy i bez relacji z bliźnimi w dzień święty.

Dopiero przeżywanie niedzieli we wspólnocie oddaje pełnię tego dnia i pozwala wydobyć jej znaczenie błogosławieństwa i konsekracji. Trudno przecież błogosławieństwo i konsekrację szabatu przeżywać samotnie a dzień święty bez drugiego człowieka jest tak samo stracony jak podejmowana praca w niedzielę. To co się dodatkowo zrobi w niedzielę, tak jak w dzień powszedni (dodatkowy dochód, zakupy) nie przyniesie korzyści ani radości, szybko się straci a przeżycie niedzieli w samotności, bez kontaktów, rozmów z drugim człowiekiem również nie da korzyści, odpoczynku czy radości w kolejnych dniach nowego tygodnia.

Można tu wiele mówić jak ważny jest dzień święty w dialogu małżeńskim, jak ważny jest czas poświęcony dzieciom, jak ważny jest tego dnia wspólny, uroczysty posiłek, jak cenny jest każdy gest, słowo, uczynek czy nawet dobra intencja skierowana do drugiego człowieka. W sumie można powiedzieć: „pamiętaj abyś dzień święty święcił„ oznacza jednocześnie – „pamiętaj w tym dniu o drugim człowieku”.

6.Mówiąc o relacjach międzyludzkich w kontekście trzeciego przykazania, warto w naszym gonie weterynaryjnym rozwinąć wątek – już wspomniany wcześniej, o innej relacji: człowiek – zwierzę, czyli o znaczeniu szabatu dla zwierząt i miejscu lekarza weterynarii w Dekalogu.

Wyliczeniu różnych osób i zajęć, które należy unikać i które powinny być wyłączone w szabacie, występują zwierzęta. Wyraźnie zostało powiedziane, że np. osioł nie może w szabat pracować, co znaczy iżzwierzęta też są wyłączone z tego powszedniego rytmu sześciu dni pracy i że zwierzęta mają prawdo do odpoczynku. Jest to postulat bardzo bliski chrześcijańskim koncepcjom ochrony zwierząt i troski o zwierzęta np. w transporcie, w czasie choroby itp. Można więc powiedzieć, że szabat, jest przykazaniem weterynaryjnym w tym sensie, ponieważ pokazuje właściwą relację człowieka do zwierzęcia. Co z tego, że zwierzę będzie miało prawdo do szabatu, gdy właściciel będzie go ganiał całe siedem dni do pracy. To od człowieka zależy, czy zwierzę będzie miało wolne, czy będzie miało odpoczynek. Można więc powiedzieć, że w wymiarze biblijnym, w wymiarze świątecznym i w wymiarze trzeciego przykazania mamy tutaj mocny akcent weterynaryjny.

To jest przykazanie, które ogarnia swoją troską wszystkie istoty żyjące. Ciekawa jest hierarchia tych istot i osób. „(…) Ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, wół, osioł, żadne zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach [nie będzie pracował]” (Pwp 5, 12-15). Dopiero po niewolnikach i zwierzętach są wyliczeni cudzoziemcy, ponieważ obcy byli ostatnią, poślednią warstwą społeczną w starożytnym Izraelu. Nie ma się co tym gorszyć, bo to były inne czasy i ta hierarchia wynika z pewnych zwyczajów Izraela.

7.Teraz sprawa samej pracy, która przecież jest nierozerwalnie związana z odpoczynkiem szabatu. Nigdy się nie nauczymy świętowania dnia świątecznego, nie nauczymy się odpoczywania, jeśli się nie nauczymy pracy. Jest tu znowu ogromna przestrzeń do analizy, do medytacji. Cała encyklika naszego papieża Jana Pawła II „Laboremexercens” dotyczy samej pracy. Może w ramach odpoczynku poczytać taką encyklikę? Podejrzewam, że przy tym naprawdę dobrze się odpocznie w sensie hebrajskiego menuha

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że przykazanie trzecie dotyczy również pracy. Kładzie nacisk na odpoczynek, na świętowanie ale nie obniża wartości pracy. Wprost przeciwnie. Praca jest konieczna bo to podstawowe prawo człowieka, element składowy jego człowieczeństwa. Wystarczy dzisiaj popatrzeć na prawdo do pracy i na bezrobotnych, co się dzieje z tymi ludźmi w zakresie ichrozwoju, godności. Wtej kwestii zapominamy o źródłach Pisma Świętego, biblijnych, a jesteśmy bardziej skłonni do rozumienia pracy w kulturze grecko-rzymskiej, gdzie praca była uważana za rzecz upokarzającą i przeznaczona dla niewolników bo tak było w starożytnej Grecji i w starożytnym Rzymie, aż do czasu Jezusa Chrystusa. Minęło 2000 lat i nadal często pracę traktujemy jako zło konieczne, jako przymus, jako coś upokarzającego. A przecież człowiek jest wolny nie tylko, kiedy nie wykonuje pracy, ale kiedy wykonuję jakąkolwiek sensowną pracę z godnością, jeśli ma czas na odpoczynek, szansę na sprawiedliwe wynagrodzenie – to jest wtedy zupełnie inna praca.

W Biblii wygląda to inaczej. Sześć dni będziesz pracował, wykonywał wszystkie swoje zajęcia, natomiast siódmego dnia odpoczniesz. A przez te sześć dni wcale ten wysiłek cię nie degraduje, bo istnieje godność i szlachetność pracy. Istnieje wewnętrzna moc pracy, która czyni z człowieka dziecko Boże i czyni z człowieka osobę podobną do Boga w stwarzaniu. Przez rozum, poprzez umiejętności, poprzez wolę człowiek współpracuje w ten sposób z Bogiem.

W tradycji rabinackiej istnieje takie opowiadanie, że po grzechu w rajskim ogrodzie, po wygonieniu Adama i Ewa z raju, gdy pierwsi ludzie pogodzili się ze swoim losem, wtedy Bóg przekazał im, że będąmieli możliwość pracowania. Owszem, powiedział, że będzie to czynione w pocie czoła, w znoju, ale będzie to ratunek dla człowieka, który zgrzeszył, odszedł od Boga.Zatem praca jest powrotem do Boga poprzez uszlachetnienie, dowartościowanie swojego człowieczeństwa. Praca jest przywilejem człowieka wolnego, to dzieło twórcze. Praca jest wielką rzeczą i przynosi zaszczyt temu, kto ją wykonuje – mówi Talmud. Nie byłoby przecież szabatu, nie byłoby siódmego dnia, gdyby nie te sześć dni, które Bóg dał człowiekowi, aby upodabniał się do swego Stwórcy. W związku z tym paradoksalnie odpoczynek jest powrotem do Boga, do Stwórcy, jest takim hołdem dla Stworzyciela. Z drugiej strony, od szabatu, po niedzieli rozpoczyna się znowu praca. Nie można traktować sześciu dni i siódmego dnia w opozycji, ale to jest ciągłość to jest ten sam tydzień, to jest ten sam czas.

8.Praca i odpoczynek. Działanie i świętowanie. Niezwykłość tych, wydawałoby się prozaicznych spraw, podkreśla również język, znaczenie słów nie tylko języka hebrajskiego ale i pięknego języka polskiego oddaje wartość pracy i znaczenie siódmego dnia.

Słowo „niedziela”już w staropolszczyźnie – wyrażało: „nie działać”, „nie pracować”. A słowo „odpocząć” oznacza:„zacząć coś od początku”. Patrząc przez analizę językową tych dwóch pojęć:„niedziela” i „odpoczynek”– mamy to samo co w źródłosłowie hebrajskim o znaczeniu sześciu dni pracy i niedzieli czy szabasu (soboty), w znaczeniu: odpocząć i zacząć od poniedziałku z nowymi siłami, z nową aktywnością, a z drugiej strony pozwala nie działać, pozwala oddać ten czas niedzielny dla Boga.

Proszę zwrócić uwagę jak sam język oddaje pewne prawdy, o których być może zapomnieliśmy, a które warto przy okazji analizy trzeciego przykazania sobie przypomnieć. Mamy z jednej strony sprawę odpoczynku, a z drugiej strony sprawę pracy. Jest jeszcze jakby wspólny element związany z odpoczynkiem i pracą. Chodzi o tzw. „odpoczynek ziemi”. Poprzez zakończenie pracy, poprzez szabas, poprzez dzień oddany Bogu, dajemy także odpoczynek ziemi czyli uświadamiamy sobie, że trzeba zaprzestać przekraczania wszelkich granic eksploatowania ziemi, wody, powietrza, bogactw naturalnych, tego wszystkiego co jest ograbiane, plądrowane, zatruwane, niszczone. „Odpoczynek ziemi” należy rozumieć niedosłownie. Można powiedzieć, że w trzecim przykazaniu pojawia się wątek ekologiczny ale sprawa jest szersza. Umiejętność dania ulgi dla ziemi, stanowiska pracy, maszyn, komputerów, całego środowiska i ludzi związanych z pracą ma też po prostu uświadomić człowiekowi, że otaczający nas świat nie jest niewyczerpany, czy nieskończony. Często „odpoczynek ziemi” pozwala odetchnąć współpracownikom, zaoszczędzić energię, uporządkować miejsce pracy. To ma też uczyć nas w rozumnym działaniu wobec materii, wobec świata stworzonego, wody, powietrza ziemi itd. To jest ważna sprawa w wewnętrznym rozumieniu tego, co jest ważne w odpoczynku i w pracy.

Dawnej tego nie było. Ziemia leżała odłogiem przez długi czas Człowiek umiał gospodarować tak, żeby nie wyciągać wszystko za wszelką cenę z ziemi i świata. Dzisiaj toczy się wszystko rabunkowo i nie myśli się o przyszłości, o następnych pokoleniach. Tak więc trzecie przykazanie uczy nas poprawnego stosunku do świata. Uczy nas relacji nie tylko do Boga, do bliźnich, ale także do ziemi, do otaczającej przyrody. „Niedziela” oznacza takie właśnie odpoczniecie dla ziemi. „Nie działać” ale ogarnąć swoją prace głębszą refleksją o jej sensie; „od począć” to również zacząć na nowo, od początku swoje obowiązki, zadania, pracę po „odpoczynku ziemi”, z nowym zapałem, pomysłami, radością i nadzieją. Doskonale znamy sytuację przemęczenia, przepracowania, wypalenia, gdy nie tylko nie świętujemy dnia siódmego ale nie dajemy „odpocząć” biurom, współpracownikom, laboratoriom, lecznicom, ubojniom i innym miejscom pracy. Nie pozwolić odpocząć miejscom pracy oznacza nie pozwolić „nie działać” i świętować.To naprawdę ważna rzecz, aby dać też odpoczynek ziemi, bo być może to jest główna przyczyna współczesnych kryzysów, gdy nie daje się światu na odpoczynek i świętowanie.

I jeszcze jeden wątek związany z pracą i odpoczynkiem to kwestia czasu. Czas jako środowisko życia i ważny element religii. Począwszy od historii Izraela, narodu wybranego, czas jest ramą judaizmu. Religia żydowska jest religią czasu, która dąży do uświęcenia czasu, określa szabat jako sanktuarium, gdzie odnajdujemy siebie i naszą relację do Boga w czasie. Chrześcijaństwo jest też religią czasu. Tutaj nie ma jakiejś fikcji, nie ma wirtualnej bezczasowej przestrzeni, tu jest konkretna linearna historia ludzkości, tu jest historia od początku do końca historii zbawienia. Tutaj nie ma jakiś odstępstw od rytmu życia człowieka. Dlatego szabat, niedziela, siódmy dzień włącza się w tą filozofię, teologię czasu odpoczynku, pozwala widzieć Boga w czasie. Pozwala celebrować czas, smakować czas, pozwala przeżywać czas. Ten kto nie umie pracować, nie umie odpoczywać, nie umie szanować ziemi, nie ma poczucia niezwykłości czasu. Taki człowiek nigdy nie będzie miał dość czasu. To jest takie zabieganie w kółko, niewiadomo do czego i po co.

To oczywiście materiał na osobną konferencję, w tej chwili wystarczy, że zwracamy uwagę w ogóle na czas i że taważnasprawa wynika również z trzeciego przykazania. Ono uczy nas nie tylko świętowania, pracy, odpoczynku ale i szacunku dla czasu i wartości czasu w życiu człowieka.

9. Teraz, bliżej zakończenia, jeszcze w naszym temacie parę kwestii praktycznych związanych z trzecim przykazaniem.

Główny problem, który mamy w praktyce, to sprawa handlu w niedziele i święta religijne. Z jednej strony mamy społeczną dyskusję na ten temat, interesy pracodawców i ochronę czasu wolnego dla pracowników a z drugiej strony tak bardzo rozpowszechniona praktyka zakupów w niedzielę, handlowania, czy też spędzania czasu w hipermarketach, ot tak, ażeby popatrzeć, co też jest handlowaniem takim wewnętrznym, psychicznym tylko.

Okazuje się, że sprawa handlu w Piśmie Świętym jest bardzo szeroko rozpatrywania i dotyczy nie tylko wprost handlowania, ale także i różnych transakcji, podpisywania kontraktów, różnego rodzaju działań nie wprost związanych z handlem ale wynikających z pracy, czy zarobkowaniem, przy czym warto sobie uświadomić, że w zawsze centrum szabatu, w centrum niedzieli jest człowiek a nie rzeczy kupowane czy załatwiane. Zatem trzeba usprawiedliwić pracę dla człowieka, różnego rodzaju służb, czy nawet sklep z chlebem gdzieś tym otwarty w niedzielę ze względu na człowieka. To nie znaczy, że ma być tych kiosków tuziny dookoła, bo przecież przy wielkim handlu angażuje się mnóstwo ludzi, podobnie jak w wielkich hipermarketach z mnóstwem zbędnych rzeczy do kupienia w niedzielę. Na pewno tam, gdzie chodzi o dobro człowieka niedziela dopuszcza jakieś ograniczone formy pracy, czy sprzedaży.

W związku z tym dla służb weterynaryjnych usprawiedliwiamy pilną pracę zwłaszcza na dyżurach, w nagłych przypadkach, gdy wzywa się lekarza do zwierząt hodowlanych, czy ciężarnej krowy. To są działania również ze względu na człowieka. Ratując zwierzę hodowlane dla rolnika to nie tylko przynosi się ulgę zwierzęciu, ale działa się też przecież dla człowieka.

Po za tym trzeba wziąć po uwagę różne poziomy niedzieli. A więc i poziom fizyczny tego zwyczajnego braku pracy, poziom społeczny (wspomniana praca służb niedzielnych), poziom osobisty (wspomniane przeżywanie czasu wolnego) oraz poziom religijny, który przede wszystkim jest wyrażony w teologicznym znaczeniu szabatu.

I tak, gdyby skupić się na szabacie i przejść do źródeł chrześcijańskiej niedzieli, to różnica między niedzielą, a żydowskim szabatem polega na tym, że Żydzi stosowali różnego rodzaju prawa i tam znajdowali bogate znaczenia dla szabatu, a chrześcijanie w niedzieli widzą centralną postać osoby Chrystusa i fakt zmartwychwstania. To nadaje istotną treść chrześcijańskiej niedzieli. Wszystko co mówiłem wcześniej odnośnie szabatu również odnosi się do niedzieli, ale współcześnie mamy jeszcze nowość w bogactwie znaczeń wynikających z Dnia Pańskiego, z niedzieli zmartwychwstania. Proszę zauważyć, że wspólnota chrześcijańska świętuje Eucharystię nie w czwartek, w dzień ustanowienie Eucharystii, ale w niedzielę w dzień zmartwychwstania Chrystusa. To jest bardzo ważne i często również stanowi problem w zrozumieniu dlaczego nasz „szabat” jest w niedzielę a nie w sobotę, tym bardziej, że oswoiliśmy się sobotą jako dniem wolnym od pracy i na dodatek można uczestniczyć w popołudnie-wieczór w sobotę we Mszy św. niedzielnej, jeśli niemożliwe jest uczestniczenie w Eucharystii niedzielnej.

A zatem praktyczną kwestią trzeciego przykazania jest zrozumienie niedzieli jako Dnia Pańskiego, pamiątki zmartwychwstania, zesłania Ducha Świętego i sprawowania uroczystej Eucharystii.Teologicznie, w niedzieli występują trzy elementy: zmartwychwstanie, objawienie się Zmartwychwstałego i dar Ducha Świętego. To są te duchowe filary na których opiera się dodatkowo jeszcze znaczenie niedzieli. Co z tego w praktyce? Już nie będą tutaj omawiał symboliki teologicznej niedzieli i Eucharystii, ale w praktyce. Pierwsza rzecz to człowiek, wspólnota, bo przecież objawienie się Zmartwychwstałego i Zesłanie Ducha Świętego odbyło się dla konkretnej wspólnoty i w czasie określonego posiłku (znamy w Ewangelii opisy, gdy Jezus prosił, aby mu dać jeść, gdy przygotował rybę, połów itd.). Również Duch Święty w Wieczerniku zstępuje w czasie agapy, w czasie spożywania posiłku.

10.Więc tutaj w praktyce mamy dwa elementy istotne dla niedzieli chrześcijańskiej plus to co powiedziałem wcześniej, mianowicie wspólnota czyli rodzina i posiłek. Rodzina – posiłek,to w praktyce olbrzymie zaniedbanie, obszar prawie wykluczony z życia chrześcijańskiego, z życia niedzieli, a z drugiej strony pilna potrzeba odbudowy tych właśnie dwóch elementów, a więc rodzinności niedzieli i spotkania rodziny przy posiłku. To jest ten słynny polski obiad z rosołem dla wszystkich członków rodziny.Stół, rodzina i posiłek to jest centrum niedzieli. Może wpadnę w tym momencie w herezję jeśli powiem, że niedzielne przebywanie z rodziną w czasie posiłku, w długim czasie, w domu, jest ważniejsze niż Msza święta. Mówię to z całą odpowiedzialnością. Żeby odbudować znaczenie niedzielnej Eucharystii rodzinnej, trzeba odbudować rodzinę w domu. Skąd, jak rodzina ma pójść razem do kościoła? Ona musi się zebrać przy stole. Dobrze, że po Mszy św. wszyscy przychodzą na obiad do rodziny. Ale widać z tego jak posiłek i wspólnota są mocno zintegrowane z niedzielną Eucharystią. Jeśli mamy zacząć pracę nad odbudową, odnowieniem niedzieli to trzeba zacząć ją od rodziny, od domu, od stołu, od posiłku, a potem przenieść to na ucztę Eucharystyczną, przenieść to do kościoła. Mało tego. Rodzina ma być zjednoczona. Ma być razem na Mszy św. Wiem, że młodzież chciałaby pójść na mszę św. gitarową. Wiem, że babcia chętnie zabrałaby wnuczka i poszła na mszę św. dla dzieci. Wiem, że rodzice też chcą mieć spokój i pójść osobno na Mszę św. Ale to nie jest przesłanie trzeciego przykazania Bożego. Istotnie to rodzina przy posiłku jest zapowiedzią Eucharystii i nadaje istotną nowość przeżywaniu chrześcijańskiemu szabasu, czy przeżywaniu dnia siódmego. To jest najbardziej rodzinna potrzeba chrześcijańskiego odnowienia Eucharystii.

Jeśli mówimy o Mszy św. niedzielnej i rodzinnej, zakładamy, że już jest uformowana, spójna wspólnota rodzinna, jest posiłek, jest Eucharystia, jest Msza św. i wtedy karygodnym wydaje się fakt, że idziemy na Mszę św. skłóceni: ze współpracownikami, z szefem, z żoną, z mężem, z dziećmi, z sąsiadami itd. Jakieś niesnaski, jakieś pretensje, jakieś konflikty. Eucharystia i niedziela musi wiązać się z jednością, ze zjednoczeniem, z przebaczeniem. Pismo Święte wyraźnie mówi: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!” (Mt 5, 23-24). Taka jest kolejność, dlatego z punktu widzenia przykazania „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”, jaki jest sens na siłę zmuszać się do Mszy św., zmuszać się do niedzielnego uczestniczenia w praktykach religijnych, kiedy my jesteśmy właściwie wyłączeni ze wspólnoty, skłóceni z całym światem. (Inaczej jest z obowiązkiem uczestniczenia we Mszy św. niedzielnej). Tak samo jest absurdem i hipokryzją, aby gromadzić się we wspólnocie rodzinnej, przy posiłku i we wspólnocie eucharystycznej w stanie wzajemnej wrogości.

Jest jeszcze pytanie co zrobić z wolną sobotą? Wdawnychczasach, oby już nie wróciły, robiło się wolne soboty, a w niedzielę czyny społeczne i pracę. Nieprzypadkowo, od czasów niewoli egipskiej, gdy Żydzi szli aby skarżyć się do faraona, on kazał im wyrabiać podwójną ilość cegieł i jeszcze im słomy nie dawał, wszyscy rządzący wzywają do coraz większej pracy, wydajności i wysiłku. Róbcie! Praca, praca, praca. Od niewoli egipskiej poprzez wojny i różne systemy pracy niewolniczej, przez gułagi itd. praca była traktowana jako niszczenie człowieka. Dzisiaj praca ma być czymś, co daje człowiekowi wszystko, łącznie z Bogiem. I teraz, gdy w niektórych krajach ze względu na muzułmanów są wolne też piątki, mając dwa lub trzy dni wolnego, niech sobota będzie dniem odpoczynku, jak kto potrafi, natomiast niedziela musi być dniem dla Boga, musi być dniem, który odnawia od wewnątrz, w którym jest czas wyciszenia, szczęścia, smakowania upływu czasu, spotkania się z bliskimi, wspólnego łamania się chlebem, dialogu małżeńskiego, dialogu z dziećmi. Bez tego nie będzie odpoczynku. W niedzielę niech będzie lektura Pisma Świętego, niech będzie czas dla siebie. Każdy ma taką potrzebę, żeby uciec od każdego i od wszystkich. Wziąć Pismo Święte lub inną duchową lekturę zamknąć się w pokoju na pół godziny w niedzielę i to będzie też odpoczynek, ale przede wszystkim to będzie niedziela dla Boga, to będzie niedziela dla człowieka. Ale nie dłużej niż pół godziny, żeby rodzina nie czekała przy stole z posiłkiem.

Zakończenie. Życzę wszystkim, by nie tylko Msza św. była ważna w niedziele jako obowiązek czy wydarzenie na którym „musimy być”, owszem niedziela i Msza św. są ze sobą złączone teologicznie, ale życzę, by nabrał znaczenie wymiar społeczny, wymiar rodzinny niedzieli. To również uwielbienie Boga i pięknego świata, to przezwyciężenie zniewolenia pracą ponad siły, czyli braku odpoczynku. Życzę, żeby ta dzisiejsza niedziela i kolejne niedziele były spokojne bez tych nagłych dyżurów i dodatkowej pracy, były czasem odbudowywania niedzieli szeroko pojętej w tym co jest w szabasie i z tą chrześcijańską niedzielą, w której centrum jest Jezus Chrystus, Eucharystia i drugi człowiek. Mam nadzieję, że wam się to uda, no bo jeżeli nie Wam, tej najlepszej cząstce polskiej weterynarii, która przybywa na Jasną Górę, no to kto?

Listopad 2017
P W Ś C Pt S N
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3

Znajdź nas

facebook

Google Plus